Czasami wszyscy potrzebujemy kogoś, kto nas przytuli i pozwoli odpocząć …

Kobieta ma czterdzieści lat. Nazywają ją “Żelazną Damą”. Otworzyła trzy małe sklepy sama. To ona odpowiada za znalezienie dostawców i podpisanie umów. Dba, żeby dostawcy byli uczciwi. Myśli o wynajmie i zapewnia go. Zatrudnia personel. Pilnuje zamówień. Jej obowiązkiem jest współpraca z organami kontrolnymi. W skrócie, wszystko spoczywa na jej barkach. I księgowy na jej barkach. I zastępcy.

Ma męża, który pracuje gdzieś: dla ubrań, piwa i papierosów. I mamę. Mama mieszka z nimi. Ona opiekuje się dzieckiem.

Kobieta mieszka w bardzo dużym mieszkaniu. Bo każdy potrzebuje osobnego pokoju. Razem z nimi jest siostrzenica z prowincji. Ona też ma swój pokój.

Oczywiście trzeba utrzymać mieszkanie. Zająć się nim. Naprawiać częściowo, bo wszystko się zużywa. To także leży na barkach czterdziestolatki.

Udaje jej się kupić zapasy. I nawet gotować wieczorem. Nie wszyscy mają na to czas. Siostrzenica jest bardzo zmęczona na uczelni. Mężczyzna jest wyczerpany po pracy. Mama w podeszłym wieku: ma siedemdziesiąt lat. Oni nie mogą.

A ona, kobieta, oczywiście może. Bo ma dopiero czterdzieści lat. I dlatego, że jest “żelazną damą”. I z żelaza się nie da zmęczyć. To żelazo.

Wszyscy się jej boją. Jej zasady i wymagania. Dlatego w pracy jest doskonały porządek. Ona sama pracuje i wymaga od innych. W przeciwnym razie całość rozpadnie się.

I jest sama w domu. Całkowicie sama. Dlatego, gdy wraca do domu, wszyscy chowają się w pokojach, żeby jej nie spotkać. I mama też się chowa, bo się boi.

Dziwne, że człowiek czasami ma siedem skór. Ciągnie i ciągnie. To chyba talent.

Prawda, mąż mówi, że jego żona bardzo kocha pieniądze. Dlatego pracuje. Mama też uważa, że jej córka jest pracoholiczką i nie umie się mierzyć. Oni i zięć są pewni, że straciła wszystkie najlepsze cechy kobiety. Pozostało tylko żelazo.

Matka chciałaby powiedzieć: na kogo ty jesteś podobna, droga córko? Ale boi się. I mężczyzna się boi. Wszyscy robią tylko to, czego się boją. A ona pracuje i pracuje. Zarówno zaopatrzenie w produkty, jak i kontrola sanitarna. I kontrola przeciwpożarowa.

Przyszła babcia. Matka matki. Starsza wiejska kobieta. Półpiśmienna. Nie rozumie niczego w interesach. Zaczął jej słabnąć słuch. Przyszła do lekarzy.

Siedzą w kuchni, piją herbatę. Wnuczka wróciła ze sklepów. Uderzyła ją po policzku. I po kuchence. A wszyscy w domu biegli po pokojach. Żeby się nie spotkać. Wnuczka zacisnęła usta i stuknęła nożem o deski do krojenia. Gotuje coś. Kroiła i kroiła. Nóż spadł. Obok nogi. Przez moment zastygła, żeby zebrać siły.

Nagle poczuła rękę na swoim boku. “Moje dziecko” – powiedziała babcia. “Jestem tak zmęczona.” I poprowadziła ją z kuchni. A ona, żelazna dama, posłusznie wyszła. Dotarli do pokoju. Babcia ją położyła. Pogłaskała jej głowę. I też powiedziała: “Moja radość.”

Gdzie odszedł ten żelazo? Widocznie w jednej chwili pokryło się rdzą i odpadło. Pozostało serce. I wrażliwa dusza, która bardzo tęskniła za łaską, pozostała.

Z płaczu popłynął łez. Ale wyschł: to nie dobrze!

Pięć minut na bycie słabym. Odczuwanie współczucia. I miłości, która się nie boi niczego. Nie ma władzy nad miłością. I nie ma żelaznej damy dla miłości. Jest tylko “dziecko” i “moja radość”.

Tak już jest, prawdopodobnie, w wieku. Ludzie biegną, biegną, biegną. I pracują dużo. I nikt nie weźmie nas za pas i nie powie: moja radość! Jak jesteś zmęczona. Lub zmęczony.