Poszedłem do sklepu. Kątem oka widzę: matkę z sześcioletnim synem, ubranymi skromnie

Poszłem do sklepu. Kątem oka dostrzegłem matkę z sześcioletnim synem, ubranymi skromnie. Jak to mówią, biedni, ale czysti. Taki miły chłopiec. Widać było, że czegoś pragnie, ale nie pytał.

Podczas gdy mama szperała w koszu z przecenionymi bibelotami, on ostrożnie podniósł pudełko z pisakami, pogłaskał je, powąchał i odłożył na miejsce. Następnie wziął w ręce naklejki i westchnął… tak samo ciężko jak dziadek. Kobieta pochyliła się i powiedziała cicho: nie ma pieniędzy, synku.

On tylko milczał i skinął głową. A jeszcze… miał tak żałosną czapkę z uszkami… dość dziecinną. Serce mi się skurczyło. Z jakiegoś powodu przypomniało mi się, że moja Nastia też nigdy niczego nie prosiła.

Pomyślałem przez kilka sekund… pobiegłem po sklepie, wrzuciłem te pisaki, naklejki, pudełko plasteliny i różne chłopięce radości do torby. Zastanawiałem się – jak to dać, żeby nie urazić? Sprawa jest delikatna…

Czekałem, aż mama stanęła przy kasie, podszedłem do chłopca i pogodnie powiedziałem: “Cześć, chłopcze. Dzisiaj jest dzień czapek z uszkami. Nie wiedziałeś?! No, jak tak? Organizujemy konkurs na najfajniejsze uszy. Wygrałeś, oto twoja nagroda!”.

Spojrzał na mnie tak…

Wiesz, taki spojrzenie miałem tylko raz w życiu. W Bułgarii. Rok ciągłych prób wyczerpał i zniszczył mnie. Adwokat był niezaspokojony i próżny. Zwolniony z pracy. A tu chodzę w deszczu, mając tylko 10 lewów w kieszeni – mała filiżanka espresso.

Idę i rozumiem, że przegram ostatnią sprawę i odejmą mi dziecko. Obcokrajowiec, aby zdobyć pracę… Ślepak. Przemoczona na wylot, wpadam do kawiarni. Myślę – najpierw się rozgrzeję i wypiję kawę, a potem…

Patrzę – pełno ludzi, a na stolikach rozłożone jakieś karty. Okazało się, że grają w bingo. Nawet nie wiedziałem, co to jest. Usiadłem przy jednym stole jak sierota… od razu przynieśli mi karty.

Jedna kosztowała dokładnie 10 lewów. Wstydziłem się odmówić. Wszyscy mają 10-20 sztuk, a ja mam jedną. Złapałem, co? Tak… wygrałem. I nie tylko to, ale trafiłem jackpota. Przynieśli mi pełny kosz pieniędzy. Szok był największy, ale miałem tyle rozsądku, by nie grać dalej. Ta suma położyła kres temu procesowi.

Kiedy zdałem sobie sprawę, że mam bingo… ogólnie, tak właśnie na mnie spojrzał ten chłopiec.

Zanim się ocknąłam, wyskoczyłem na zewnątrz i w drodze zastanawiałem się, dlaczego, gdy sam czuję się tak źle, tak łatwo daję… pewnie jest jakiś związek. Nie wiem.

Ale właśnie z faktu, że dziecko mi zupełnie obce, z podziwem i wiarą w cuda, otrzymało swoje małe dzieciństwo szczęście… poczułem się naprawdę ulżony. Słusznie mówi się: wszystko, co robimy, robimy dla siebie, czy to dobre czy złe.