Rzeczywistość poranka: Prawda, Rozczarowania i Nutella

Budzisz się rano, trochę niedoskonała, ale całkiem odpowiednia. Ona jest szczupła, ale z biustem, jej włosy nie są farbowane, ale naturalne. Wyciągasz ręce do uchwytów twojego byłego męża, który oczywiście też nie jest Allenem Delonem, ale w niektórych aspektach może nawet być lepszy, bardziej brutalny.

I tak go całujesz na zaroście i myślisz: jak wszystko jest dobre! – wtedy jednak pies się obudził, macha ogonem, stuka pazurami w parkiet, daje do zrozumienia, że czas go wyprowadzić na spacer.

Na ulicy też jest pięknie – deszcz, śnieg, jakieś dziecko płacze, bo zabierają je do przedszkola, a ty patrzysz na psa i znów się cieszysz: jak dobrze, że twoje dzieci już dorosły, idą do szkoły same, wracają ze szkoły same, szczęście!

Wracasz do domu, a tam już jest kawa, jak dobrze, myślisz, że potem kupili trzy pudełka filtrów w Aushan, szczęście! I takie szczęście wypada codziennie rano przez jakieś dwadzieścia dni w miesiącu. A potem nagle – … wszystko! Około dwudziestego pierwszego telefon z wielkim smutkiem ogłasza: pierwszy dzień PMS, Anno! I… oczy się otwierają. Na wszystko. I nie ma ucieczki od tej prawdy. Zdecydowanie nie do dwudziestego ósmego. Bo nie ma potrzeby, nie więcej tej kłamstw, samozachwytu – dość!!!

Obudziła się. Baszka NIE jest pomalowana, leniwa, straszna, stara… I gruba, swoją drogą. Pies jest swobodny, także gruby, cuchnie z pyska, skacze tu. Co… ona w ogóle jest? Kto to zaczął? Dzieci! A dlaczego? Bawią się! Bawili się, a ty śpisz z nią co rano! W śniegu, w deszczu!

A ten nadal leży. On tu leży! Przecież celowo leży, to widać po jego twarzy, że zaplanował podłość. Nie chce wychodzić z psem, udaje, że śpi! A jakże mógłby z drugiej strony nie udawać, skoro jest taki każdego dnia? Tłusty głupiec z niepomalowaną głową i śmierdzący pies, także gruby? Jak to znosić, żeby nie popaść w letarg?

No dobrze, choć na ulicy nic się nie zmieniło – wojna na środowisku idzie dobrze. Dziecko jest ciągnięte do przedszkola. Niech tam siedzi, parszywość. Chce się wstać prosto i powiedzieć: o czym krzyczysz, chłopcze? Nie wiesz, gdzie trafiłeś? A krzyczenie niczego nie da, nikt cię tu nie potrzebuje, tak samo jak mnie!

W domu, ten, z kawą. Mówi, jak dobrze, że wtedy kupili trzy pudełka w Aushan. A ty jesteś tak podstępna: może porozmawiamy o czymś innym? – O czym? – No, opowiedz mi lepiej o Tanii. Jak byłeś w nią zakochany. – Uczyłem się wtedy w szkole. – Opowiedz mi mimo to, bardzo mnie to interesuje! – i spoglądasz tak, z lekką pogardą, spod czoła.

No, udowadniasz mu powoli, słowo po słowie, nic nie zrobiono, poranek minął w skandalu, a teraz już jesteś za kierownicą, jedziesz do szkoły odebrać swoje dziecko. I tu zupełnie przypadkiem, nic, jak mówią, nie zapowiadało się dobrze, jesteś przecięta przez nieodpowiedzialną bezwartościowość. A przecież można by sobie pluć i zgrzytać zębami! Ale nie w tych dniach, od dwudziestego pierwszego do dwudziestego ósmego.

Parkujesz niedaleko szkoły, trzęsą ci się ręce, jesteś całkowicie zmiażdżona przez życie: nie szanują cię na drodze, jesteś gruba, a twój mąż kocha Tatianę. A potem podnosisz głowę i widzisz napis tuż przed sobą – PRODUKTY. Idziesz do PRODUKTÓW i kupujesz czekoladę Milka, w którą włożono ciastko dla większej ilości kalorii.

I Nutellę, dobrze, jeśli mają ją w produktach gdzieś blisko okna i jest zamarznięta. Bierzesz kolejną plastikową łyżeczkę, wsiadasz do samochodu, jesz zarówno Milkę, jak i zamarzniętą Nutellę. Plastikowa łyżeczka szybko się łamie, potem Nutellę można jeść kluczem. I jakoś puszczasz…