Tak, jestem zła matką! Nie chcę robić lekcji z moim dzieckiem wieczorami

A moja córka sama też nie chce ich robić wieczorami. I nie mamy innego czasu.

Współczesne życie jest takie, że prawie każde dziecko po lekcjach (a ich jest 7-8!) gdzieś idzie – na sekcje, koła, dodatkowe zajęcia, do szkół specjalistycznych.

Biorąc pod uwagę obciążenie rodziców, miejski ruch uliczny itp., większość gromadzi się w domu wieczorem. Zazwyczaj jesteśmy tam po 20:00, zmęczeni.

Z pragnieniem przeprowadzenia podstawowej rozmowy, zjedzenia kolacji, przygotowania się na jutro. A nawet – grzechy – obejrzenia filmu lub przeczytania książki. Ale nie, trzeba robić lekcje. W przeciwnym razie jutro znów będzie napisane “niegotowy do lekcji” w dzienniku, a ja będę cierpieć z powodu matczynego poczucia winy.

Tak, jestem zła matką. Mam buntującą się nastolatkę, a nie niewinną dziewczynkę. Ona nie chce robić lekcji. A ja nie mogę stać nad jej głową i szczekać jak wiejski pies na mijające samochody.

Bo dużo pracuję. Bo się męczę. Bo nie pamiętam matematyki z ósmej klasy. Bo muszę gotować kaszę na poranek i smażyć racuszki (co nie zawsze jest możliwe).

Bo muszę prasować głowę męża. Bo wieczorem czasami mam też swoje sprawy, spotkania i wydarzenia. Bo mamy dwa koty i psa, którzy też potrzebują uwagi. Bo mamy działkę na weekendy, bo można zwariować. Bo mam też “grupę teatralną, grupę fotograficzną, też muszę śpiewać…” Bo po prostu chcę odpocząć wieczorem.

Tak, jestem zła matką, jak wielu teraz powie. Urodziłam dzieci, a wychowanie to dużo pracy, nie ma czegoś takiego jak wolne. A ja pracuję. Całe życie. Żeby moje dzieci były zdrowe, ubrane, miały buty, nauczyły się czegoś poza programem szkolnym, bawiły się, jeździły nad morze i były moimi przyjaciółmi. I dlatego nie chcę robić lekcji wieczorami. Chcę po prostu porozmawiać z dziećmi! Bo nie uważam, że dzieci to dożywotne więzy. Uważam, że dzieci to radość. A wieczór to czas radości, nie skandalu.

Panie, kiedy zamienią lekcje domowe, tak jak dawno temu zrobiono to w wielu szkołach na świecie? Dlaczego nie można wprowadzić podziału – na pierwszej lekcji zajmować się teorią, a na drugiej – praktyką? Dlaczego nosić cały ten zestaw zadań do domu, skoro można go zrealizować, bawiąc się przez 6-7, nawet 8 godzin…

XXI wiek przyspieszył życie, rzucając nam wiele nowych wyzwań. Ale doba nie wydłużyła się do 24 godzin. Siły i zdrowie odeszły. A dzieci są teraz inne. Dlaczego nie można tego uwzględnić, tak jak zrobili to Finowie? Tak, jestem zła matką.

Moje dziecko nie chce robić lekcji w domu. Nie przekonałam jej o wartości tego. A jak mogłam ich przekonać, skoro sama ich nienawidzę? Ale mnie “szczęście” dopisało. Moja matka (z okoliczności) była gospodynią domową, a ja i moje lekcje były jej głównym zajęciem. I wtedy udawało mi się wyciągnąć książkę spod stołu i czytać ją zaraz po tym, jak mama zamknęła drzwi do mojego pokoju.

Generalnie, możecie mnie krytykować, ale jestem dobrą matką. I kocham moją trudną córkę. Ale w oczach społeczeństwa wciąż jestem złą matką, a moja córka jest buntowniczką. Nasz system edukacji tak nas kształtuje.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do szkoły. Mamy bardzo wspaniałą, pełną serca i bogatą w każdym sensie szkołę, którą bardzo cenię. Podobnie jak tę, w której kiedyś pracowałam sto lat temu. I nawet wtedy, sto lat temu, mówiłam o konieczności całkowitej zmiany systemu edukacji, jeśli chcemy, żeby szkoła była naprawdę interesująca. Ale wizy są wciąż obowiązujące. Dodają i odbierają przedmioty, zmieniają ideologie jak skarpety, rozciągają terminy nauczania, wymyślają nowe znaki. I nie ma żadnej prawdziwej, nie napompowanej reformy.

Zacznijmy od małych rzeczy. Przeprojektujmy program nauczania tak, aby nie było konieczne robienie lekcji w domu wieczorami (przynajmniej w dni powszednie). Żeby dziesiątki tysięcy matek i ojców (jestem pewna, że wielu się ze mną zgodzi) przestało uważać siebie za złych rodziców. A niegrzeczni nastolatkowie będą mieli o jedno powód mniej do buntu. Teraz ruszajcie.

W każdym razie, bo jestem zła matką…