– Jesteś dumna, co? Zobaczymy, jak teraz zaśpiewasz – powiedział mi były mąż. Ale teraz jestem pewna, że zrobiłam dobrze, rozwodząc się. Temu mężczyźnie nie potrzebuję ja ani dziecko. Ważne, żeby zadowolił swoje ego. Powodzenia mu w tym.

Byłam zamężna przez prawie cztery lata. Pochłonęło mnie to od wielkiej, jasnej i czystej miłości, o której śpiewa się tyle piosenek, nakręcono tyle filmów i napisano tyle książek. Życie wydawało się słoikiem malinowego dżemu – kocham i jestem kochana, przed nami ślub, a przede mną tylko jasna przyszłość z ukochaną osobą.

Nawet codzienność nie była w stanie ostudzić mojej gorącej głowy. Nie zwracałam uwagi na drobiazgi, byłam obscenicznie szczęśliwa, a kiedy test pokazał dwa paski, myślałam, że eksploduję emocjami, które we mnie kipiały. Dwa i pół roku mojego małżeństwa minęło w romantycznym szaleństwie.

A potem mój wymyślony świat zaczął rozpadać się na kamienie surowej rzeczywistości. Drugi rok urlopu macierzyńskiego okazał się rokiem nieprzyjemnych odkryć. Okazało się, że mam mnóstwo obowiązków w domu. Zrozumiałam, że to również wynik mojego zachowania, sama rozpieszczałam męża stwierdzeniami typu “odpoczywaj, wszystko sama zrobię”. I tak odpoczywał.

Mąż wcale nie interesował się dzieckiem, wolny czas uważał za lepsze spędzanie na kanapie lub przed komputerem. Na każdą moją prośbę padała tyrada, że on pracuje całe dni, a ja siedzę w domu, więc nie zamierza mi pomagać.

  • A po co ty mi wtedy jesteś potrzebna? To znaczy, że ja powinienem pracować, a potem jeszcze szurać po domu, gdy ty zajmujesz się swoimi sprawami?

Teściowa całkowicie wspierała syna, ciągle mi wskazując, że obowiązki kobiece powinna wykonywać wyłącznie kobieta, nie zrzucając ich na nikogo innego.

  • W czym ci mam pomagać? Maszyna sama pierze, multicooker gotuje, a odkurzać i czyścić podłogę to chwila. Byłoby z czego się zmęczyć! Dawniej było inaczej – ręcznie praliśmy, cały dzień przy kuchence, a potem miotła w ręce i do przodu. I w ogóle nie myśleliśmy o proszenie mężczyzny o pomoc po pracy.

Znosiłam i przekonywałam siebie, że naprawdę nie mam racji. Trzeba cierpieć, wszyscy jakoś tak żyją. I cierpiałabym dalej, gdybym nie dowiedziała się, że mąż nawiązał związek na boku. Nie szukałam tego specjalnie, w ogóle nie myślałam w tym kierunku, ale media społecznościowe bardzo mi to pokazały.

To było kroplą, która przebiła tętnicę. Różowe okulary zostały ostatecznie zmyte, wraz z tą słodką dziewczynką, która je nosiła. Wieczorem po pracy mąż zobaczył torby z rzeczami w korytarzu. To ja zamierzałam przeprowadzić się do rodziców.

Nastąpiła długa dyskusja, w której próbowano przekonać mnie, że to diabeł poplątał, nie ma sensu niszczyć rodziny, a mądra kobieta w ogóle by po prostu przemilczała, nie opuszcza się męża. Ale powiedziałam, że jestem zbyt cenna, żeby się żywić czyimś resztkami, a w moim rozumieniu dzielenie męża z kochanką to właśnie takie resztki.

  • Ach, jesteś bardzo dumna? No cóż, zobaczymy, jak teraz zaśpiewasz – przestał udawać dżentelmena mąż.

Po tym zrobił wszystko, żeby jego wynagrodzenie było sto złotych wyższe od minimalnego, chociaż zarabiał normalnie, po prostu na szaro. Stąd też pochodził dochód alimentacyjny. Okazuje się, że jest to suma, która nawet rozbawia.

  • No i jak chciałaś? Porzuciłaś faceta, a on ma cię utrzymywać? No już zaczyna świrać – uśmiecha się była teściowa.

Tego nie chciałam. On nie powinien mnie utrzymywać, ale swoje dziecko tak. Ponadto rzuciłam go nie w najbardziej odpowiednim momencie, przecież mnie zdradzał. Ale komu to wyjaśnię?

Teraz mieszkam z dzieckiem u moich rodziców, bardzo mi pomagają. Wróciłam do pracy, bo babcia zgodziła się zająć się dzieckiem, a z przedszkolem mamy problemy. Myślę, że w przyszłym roku wezmę mieszkanie na kredyt.

Jeśli były mąż i jego mama liczą, że swoimi groszowymi alimentami zniszczyli moje życie, to się mylą bardzo.