“Albo urodzimy, albo się rozwiedziemy!” – mąż domaga się urodzenia syna, ale lekarze temu zabraniają

Trzy lata temu 27-letnia Katarzyna poznała starszego mężczyznę. Różnica wieku wynosiła 17 lat, ale dziewczyna nie czuła się tym zawstydzenia. Ponadto, wizerunek wdowca (jego była żona zmarła na raka) wydawał się wręcz romantyczny.

Trzyletnia córka, która straciła matkę, nie komplikowała sytuacji. Niestety, z powodu rzadkiej choroby, Katarzyna nie może urodzić dziecka.

A oto wspaniałe, choć przerażone i zdezorientowane dziecko. W jednym słowie, wszystko w ich życiu kręciło się, kręciło.

Karolina formalnie adoptowała moją córkę. Dziewczynka również bardzo polubiła swoją nową matkę. Była idylla.

Jednak im bardziej zbliżała się 50. rocznica, tym bardziej mężczyzna mówił o potrzebie spadkobiercy.

  • Może urodzisz jeszcze jedno dziecko? – najpierw grzecznie prosił mężczyzna. Katarzyna robiła sobie żarty.
  • Przestań wymyślać diagnozy! – mężczyzna zaczął się denerwować. W odpowiedzi Katarzyna zaczęła potrząsać dokumentami medycznymi. Było to upokarzające, oczywiście, ale cóż poradzić.
  • Albo dziecko, albo rozwód! Wcześniej kobiety rodziły na polach, nie znały takich diagnoz, a wszystko szło jak w zegarku. Potrzebuję spadkobiercy! – mąż nie był zły na Katarzynę. Był zdeterminowany i bardzo poważnie podchodził do tej sprawy.
  • Rozmawialiśmy wiele razy. Przedstawiła sensowne argumenty. Powiedziała, że przede wszystkim nie będę w stanie urodzić, ryzyko powikłań i śmierci jest zbyt duże. Po drugie, nie jestem już młodym chłopcem. A dziecko musi się nie tylko urodzić na czas, ale także być wychowane.

Jeśli coś mi się stanie, a zostanę sama z dwójką dzieci, jeśli jeszcze uda mi się urodzić. Jaki egoizm? Po trzecie, czy pomyślał o swojej córce? Jeśli mnie tam nie będzie, dlaczego ona musi szukać kolejnej matki? Pracuję cały dzień, nie jestem w stanie samodzielnie się nią zająć.

Chce rozwodu – niech się rozwiedzie. Niech znajdzie młodą kobietę, która zgodzi się na wszystko. Ale moją córkę wezmę ze sobą, bez względu na koszty. Już wystarczająco wiele przeszła, aby znaleźć dla niej nową matkę.

Wniosę także o alimenty – no i co? Jest fakt adopcji, więc mam odpowiednie prawa… Niech płaci. Na razie sprawa jest w martwym punkcie, ale jeśli dojdzie do rozwodu, wynik jest oczywisty. Każdy weźmie swoje.

A mam pytanie do was, panowie eksperci. Kto ma większe prawa do córki w tej sytuacji?