W wieku 55 lat Maria podeszła do lustra i zdała sobie sprawę, że prowadziła zmarnowane życie. Ale pewnego dnia przyśnił jej się krzyż, który powiedział jej, co powinna zrobić

Maria mieszkała sama. W młodości darzyła uczuciem młodego mężczyznę, ale nic z tego nie wyszło Wstąpił do wojska, potem do szkoły wojskowej. Z wojska trochę pisał, ale po przyjacielsku. Jak to mówią, życie rozdzieliło.

Pracowała jako ekonomistka, opiekowała się matką – matka późno ją urodziła. Potem jej matka odeszła. Jej ojciec zmarł dawno temu, a ona nie zauważyła, jak bardzo się postarzała. Pewnego ranka obudziła się i z przerażeniem przypomniała sobie, ile ma lat. To niemożliwe! Pięćdziesiąt pięć. I wtedy spojrzała w lustro – tak, to prawda. Życie minęło.

A potem firma, w której pracowała Maria, została zamknięta. Miała trochę oszczędności, ale szybko się skończyły. Maria nie mogła znaleźć nowej pracy.

Była w rozpaczliwej sytuacji. Zaproponowano jej jedynie stanowisko salowej. I Maria ją przyjęła.

A w głębi duszy chciała się kimś opiekować – na jawie i w snach karmiła wszystkie kociaki, zbierała ranne ptaki, ratowała psy… Miała takie sny od dzieciństwa – o zbawieniu. A teraz zdała sobie sprawę, że nie ma już czasu na czekanie. Nadszedł czas, by postawić na sobie krzyż.

Pewnego dnia przyśnił jej się krzyż, piękny, lśniący krzyż, może do śmierci. Tak właśnie myślała. Ale nie miała nikogo, z kim mogłaby podzielić się swoimi myślami. Była samotna. Chociaż pomagała wielu ludziom, nie miała przyjaciół. Nie potrafiła jednak otworzyć przed nimi swojej duszy – po co obarczać innych sobą? Każdy miał swoje problemy.

Praca była bardzo ciężka, ale serce Marii poczuło się lepiej. Dali jej nawet biały fartuch, mopa i wiadro. I powiedzieli jej, co ma robić. Tak zaczęła pracować w szpitalu Czerwonego Krzyża – tak się nazywał.

Z ludźmi jest łatwiej. I łatwiej jest pracować. Tak myślała, choć nie miała zbyt wiele czasu na myślenie – czasem po prostu padała w domu ze zmęczenia i natychmiast zasypiała. Czasem to lepsze niż myślenie.

Pół roku później do szpitala przywieziono starszego mężczyznę w ciężkim stanie. Znaleziono go na ulicy, oblepionego błotem, upadł w wiosenne błoto i leżał tak, aż życzliwi ludzie wezwali karetkę. Okazało się, że był trzeźwy, miał problemy z sercem… W szpitalu położyli go na wspólnym oddziale i zaczęli leczyć najlepiej jak potrafili. Nie był taki stary – pięćdziesiąt siedem lat. Wyglądał po prostu okropnie.

Maria podeszła do łóżka i spojrzała na twarz śpiącego mężczyzny. To był Piotr, ten Piotr! Zobaczyła twarz ukochanego pokrytą strupami choroby i czasu, przez blizny życiowych prób.

Był rozwiedziony. Nie miał dzieci. On nie był w stanie znaleźć normalnej pracy – żył z renty. Jego emerytura została skradziona przez krewnych, żebraków, pożyczonych i nigdy nie spłaconych. To samo robili różni dawni znajomi. Po co komuś, kto zrezygnował z siebie, pieniądze?

Maria usiadła przy łóżku chorego. Patrzyła na jego twarz. I wtedy Piotr otworzył oczy i natychmiast ją rozpoznał. “Cześć!” – powiedział. I wtedy zaczęło się szczęście.

Teraz są razem. Pracują razem w tym samym szpitalu, to była ich decyzja. Owszem, kiepsko im płacą, ale Maria już awansowała, proponowali jej przejście do działu księgowości, ale nie poszła. Została przy pacjentach. A Piotr dostał pracę w garażu przy szpitalu, podoba mu się. Pracują więc w budynku z czerwonym krzyżem na fasadzie.

Dopóki jesteśmy potrzebni, dopóki możemy zrobić coś pożytecznego, dopóki dusza żyje, jest za wcześnie, aby rezygnować z siebie. Wciąż czeka na nas wiele wydarzeń i możliwości, jeśli nadal będziemy kroczyć drogą. Chodzić i nieść swoje brzemię. Iść tam, gdzie wzywa nas dusza – młodość się kończy. Zaczyna się nowy okres, nowa część podróży. To wcale nie jest koniec. To początek. I musimy odważyć się iść dalej.