Nieprzerwanie do naszych drzwi puka sąsiadka, bez uprzedzenia, zawsze z jakimś oczekiwaniem: “Daj mi”. Nie pragnę prowadzić z nią sporów, szczególnie że nasze dzieci mają serdeczne relacje

Obecna sytuacja prezentuje się tak: moje dziecko nawiązało bliską przyjaźń z chłopcem mieszkającym w sąsiedztwie, który jest nieco starszy. Zamieszkujemy w pięciopiętrowym budynku. Od czasu do czasu krzyżujemy się z matką tego chłopca, naszą sąsiadką, chociaż nie można powiedzieć, żebyśmy byli przyjaciółkami.

Początkowo nasza relacja skupiała się na dzieciach. Spotykaliśmy się na spacerach, a ona oferowała mi ubrania, które były za małe dla jej syna. Wszystkie te rzeczy odsyłałam i w podzięce przynosiłam soki oraz drobne przysmaki dla jej dziecka. Następnie zdecydowałam, że zrezygnuję z przyjmowania od niej cokolwiek.

Lepszym rozwiązaniem wydawało się dokonywanie zakupów samodzielnie, aby uniknąć niepotrzebnych zobowiązań.

Nieco z czasem, nasze zwykłe spacery przekształciły się w dziwną dynamikę relacji. Sąsiadka coraz regularniej zaczęła mnie prosić o różne rzeczy. Stało się rutyną, że niemal codziennie pada pytanie: „Daj mi kawę!”.

Uważam, że jeśli ktoś ma taką wielką miłość do kawy, warto byłoby ją zakupić w sklepie zamiast stale błagać innych. Mimo że nie zapraszała mnie do siebie ani razu, sama bez zapowiedzi pojawia się u nas. Co więcej, podczas zabawy mojego dziecka, notorycznie zabiera jakieś przedmioty na rzecz swojego syna. Jej potrzeby wydają się nieograniczone. Wiele rzeczy już odebrała od nas.

Warto zaznaczyć, że sąsiadka nie zaprasza mnie do siebie, tłumacząc, że jej matka jest chora. Warto jednak wspomnieć, że ta matka mieszka oddzielnie. Nie krępuje się również pytać o leki, kiedy jej syn jest chory, choć chodzi o coś, co powinno znajdować się w standardowej apteczce. Co więcej, czasami ośmiela się poprosić o przedmioty dla siebie. To dla mnie niepojęte, jak można prowadzić się w taki sposób.

Elementarny lek przeciwgorączkowy powinien być zawsze dostępny. Oddaje mi praktycznie opróżnione opakowania i flaszki. To przecież zakupione dla mojego dziecka – a teraz, gdy faktycznie jest mu potrzebne, zabraknie odpowiednich środków.

Jednak to jeszcze nie wszystko. Sąsiadka stale pyta, czy mamy czym nakarmić jej syna. W żadnym wypadku nie ubiegam się o to u niej ani u innych sąsiadów! Gotuję dla własnego dziecka, i tyle. Wciąż korzysta z naszego wózka, nawet jeśli pyta o pozwolenie. Bezustannie potrzebuje czegoś, czego akurat nie posiada. Natomiast mnie cały czas czegoś brakuje.

Jednego dnia jej bezczelność doprowadziła mnie do osłupienia. Gdy wszyscy z naszej rodziny byliśmy chorzy, odezwała się telefonicznie, mówiąc że wkrótce przyjdzie po kawę – ale z synem. To była próba wymuszenia na mnie mierzenia temperatury mojemu dziecku, aby ich nie zaraziliśmy. Cenię dzieci, ale mam dość tego, że czyjeś dziecko wchodzi do nas jak do sklepu, wyciągając rzeczy mojego syna i wybierając to, czym akurat chce się pobawić.

Odpowiedziałam jej, że wszyscy jesteśmy chorzy i istnieje ryzyko zarażenia ich wirusem. W sumie powinnam była jej powiedzieć, że ich wcale nie zapraszaliśmy.

Zawsze przychodzi bez uprzedzenia i domaga się: „Daj mi”. Nieważne, czy jestem w trakcie czegoś, czy nie mam ochoty na spotkanie, czy na coś się zgadzam.

Przez pewien okres przestałam do niej dzwonić i nie zapraszałam na spacery. Jednak to ona sama nawiązywała kontakt telefoniczny. Wysyłała mi wiadomości SMS. Jedna z moich przyjaciółek uważa, że mam dwie opcje: tolerować jej bezczelność lub wyraźnie zwrócić jej uwagę, aby to zaprzestała.

Niemniej jednak nie chciałabym wchodzić z nią w spór, tym bardziej że nasze dzieci są przyjaciółmi i mieszkamy obok siebie. Wkrótce nawet będą razem uczęszczać do szkoły. Poza tym nie umiem prowadzić kłótni z ludźmi.