I tu zrozumiałam, że muszę odejść od kochanka

Zajrzałam do gabinetu swojego kochanka i usiadłam w jego wygodnym fotelu. Czekałam, aż skończy pisać jakieś dokumenty. Nagle elektroniczna ramka sama się włączyła, a na jej ekranie pojawiły się ich rodzinne zdjęcia. Kupił ją niedawno, więc wcześniej nie miałam okazji jej zobaczyć.

Oto on z córką idzie do szkoły pierwszego września, oto córka trzyma w ręku bukiet różowych balonów, oto wszyscy razem na tle gór, tu on obejmuje swoją żonę, ona w delikatnej, zielono-szarej sukience dmucha świeczki na tort.

W tym dniu pierwszy raz zobaczyłam jego żonę. W tym momencie poczułam się jakby mnie przykuło do miejsca…

To interesujące: ona brunetka, a ja blondynka. Mam włosy sięgające za pas, a ona ma krótką fryzurę. Ale pomimo tego bardzo do siebie pasowaliśmy: owalne twarze, kształt oczu, uśmiech, dół pod brodą.

I ona i ja bardzo go kochamy. Czuć to było w jej spojrzeniu, w tym, jak na niego patrzyła. Ja również go kochałam.

Spotykaliśmy się prawie rok, wielokrotnie próbowałam to zakończyć i odejść od niego, ale za każdym razem brakowało mi sił. Mój kochanek tak słodko mówił mi za każdym razem, że tęskni za mną, że czeka na nasze spotkanie, że nie może żyć bez mnie, a jego rodzina to tylko formalność.

Teraz jego rodzina przestała być dla mnie formalnością, teraz patrzyły na mnie prawdziwe osoby z tych zdjęć. W tym momencie zrozumiałam, że nie mogę już dłużej oszukiwać. Zrozumiałam, że on nie jest jednym z tych, którzy rozwodzą się, bo to byłoby dla niego bardzo niewygodne w tym bermudzkim trójkącie. A jeszcze nigdy nie rozmawiał ze mną o przyszłości.

Zdjęcia zaczęły się powtarzać, a wtedy nagle poczułam, że mój kochanek stał się dla mnie wrogiem: oszukiwał nas oboje.

Nie potrzebował mi już: nawet jeśli zdecydowałby się się rozwieść i odejść od niej, to i tak po tych zdjęciach byłby mi już zbędny, bo nie mogłam mu już zaufać. Wydawał się tak szczery, kiedy kłamał, a także patrzył na zdjęcia swojej żony z taką przekonującą czułością.

Zaczęłam chcieć płakać.

W tym momencie podniósł głowę i zapytał:

  • Kochanie, czego potrzebowałaś?

Potrząsnęłam głową w przeczący sposób i wyszłam nie tylko z jego gabinetu, ale także z jego życia.

Plakałam przez kilka dni. Płakałam czasem sama, czasem z przyjaciółką, cicho i głośno, z żalem i z wściekłością. Oddałam telefon przyjaciółce, żeby, Boże broń, nie miał okazji do dzwonienia. Moja twarz spuchła od łez. Jednak piątego dnia poczułam, że moje uczucia stępiły się: w tym momencie nie mogłam już czuć ani radości, ani smutku, nie miałam już łez. Zrozumiałam, że znalazłam w sobie punkt zerowy.

Tydzień później udałam się na wystawę. Czekałam na swoją lot do Paryża na lotnisku. Patrzyłam na setki ludzi spieszących się gdzieś, rozmawiających na chodniku i wysyłających komuś SMS-y albo po prostu pijących kawę.

Nagle przyszło mi do głowy: “Ależ przecież wśród nich nie tylko dziesiątki, ale setki tych, z którymi mogłabym być szczęśliwa. Dlaczego więc tak desperacko trzymam się przekonania, że to ten kłamca jest moim przeznaczeniem? A co to właściwie jest przeznaczenie?”

Zaczęło mnie to intrygować. Przyjechałam na wystawę, na której zbierają się tysiące ludzi z różnych zakątków naszej planety. Zamknęłam oczy i poprosiłam Wyższe Siły, aby poprowadziły mnie do tego, kto naprawdę pragnie rodziny, kto chce dzielić ze mną spokojne wieczory, spotkania z przyjaciółmi, smutki, radości, łóżko i wszystko inne, co spotyka nas w życiu.

Ale tylko niech on będzie albo w rozwodzie, albo samotny!

Już po kilku dniach w pawilonie Paryża poznałam mojego przyszłego męża. Był rudowłosy, wesoły i samotny. Teraz jesteśmy razem przez ponad dziewięć lat.