Kiedy wybrałam się do szpitala rodzić pierwszego kwietnia, mój mąż uznał, że robię sobie żart…

Jak wszyscy doskonale wiemy, pierwszy kwietnia to światowy dzień żartów i dowcipów. W tym dniu każdy stara się zrobić żart swoim bliskim i przyjaciołom. Albo inaczej – pierwszy kwietnia to dzień, kiedy nikomu nie wierzysz.

Mój mąż również lubi żartować, ale wie, kiedy przekroczyć granicę. Najprawdopodobniej z powodu tego głupiego święta, nie uwierzył w to, że wybrałam się do szpitala rodzić tego samego dnia.

Termin porodu został wyznaczony na tydzień później, na ósme kwietnia. Kiedy Adam poszedł do pracy pierwszego dnia miesiąca, zajęłam się domowymi obowiązkami, jak zwykle.

O godzinie dwunastej poczułam ból w okolicy brzucha, a mój brzuch zaczął się kurczyć. Kiedy zrozumiałam, że to poród, na początek przestraszyłam się. Najpierw zadzwoniłam do mamy, a potem do lekarza.

Nie dzwoniłam do męża od razu, ponieważ pojechał do pracy dosyć daleko i musiałby jechać do mnie przez kilka godzin. Zdecydowałam się go nie niepokoić i nie odbierać go od pracy, aby nie ryzykował swojego życia na drodze.

Poza tym w szpitalu po prostu nie mógłby mi pomóc. Kiedy przyjechałam do szpitala położniczego, zostala od razu zbadana i powiedziano mi, że wszystko idzie dobrze i dzisiaj urodzę. Kiedy znalazłam się w przedporodowym pokoju, postanowiłam jednak zadzwonić do męża.

  • Kochanie, jestem już w szpitalu położniczym i dzisiaj powinnam urodzić.
  • I gratuluję ci pierwszego kwietnia! – odpowiedział mi, śmiejąc się. – Wiem, że termin porodu jest za tydzień, więc nie uda ci się mnie nabrać. Dziś będę pracować do późna, nie dostarczyli nam materiałów budowlanych, więc będę musiał się uporać z klientem. Idź spać, nie czekaj na mnie. Całuję cię.

Przez kilka minut po prostu nie mogłam uwierzyć, że tak to potraktował. Mój mąż uważał, że jestem w stanie tak żartować. Najpierw poczułam się przykro, a potem zdenerwowałam się na niego. A nasze kłótnie stały się jeszcze gorsze. Postanowiłam, że nie będę do niego dzwonić, a mamie zabroniłam tego robić.

Mój kochany mąż ocknął się dopiero około dziesiątej wieczorem, kiedy wrócił do domu i mnie tu nie zastał. Zaczynał dzwonić, gdy już przekroczył próg naszego mieszkania. Dowiedział się o wszystkim w szpitalu po rozmowie telefonicznej.

Przepraszal mnie długo i obiecywał, że nigdy więcej nie będzie wątpił w moje słowa. Nasz mały chłopiec Artem urodził się kilka minut po północy, miał 55 cm wzrostu i ważył 3700 gramów.

Okazało się, że mama nie popełniła błędu, a o wszystkim w szpitalu powiedzieli mężowi, gdy tylko się do mnie dodzwonił. Długo przeprosił mnie i obiecał, że więcej nie będzie kwestionował moich słów. Pierwszego kwietnia dostał prawdziwy prezent!