Wracała do domu, gdy zauważyła brudnego, przygarbionego chłopca, który przeczołgał się ulicą. Mimo strachu, ostatecznie odważyła się podejść

Wracała do domu z pracy wczoraj wieczorem. Późno. Słuchawki w uszach. Patrzę na ulicę – coś się rusza na chodniku. Podchodzę bliżej. Osoba. Leży Paweł. A właściwie raczej pełza Paweł.

Pełza tak dziwnie, jakby wziął udział w konkursie, przesuwając nogami i przesuwając się naprzód. Pierwsza myśl: pijany! Druga myśl: brudny! Wczoraj padał deszcz, błoto. Trzecia myśl: A może nie? Czyli nie jest pijany?

Inni ludzie przemieszczają się obok niego. Jest wieczór, wszyscy spieszą się do domu. Omiatają go z obrzydzeniem. Odwracają się. Muszę też wracać do domu. Moje dziecko na mnie czeka. Ale może jednak nie jest pijany. Podchodzę i odważnie pytam: “Jesteś w porządku?” Samą siebie zaskakuję brakiem wahania się używania “ty”.

“On-po-mo-żi-vsta-ti” – mówi chłopak, przełykając część liter. Jego ręce są skurczone. Nogi także. Ma mózgowe porażenie dziecięce od urodzenia.

Wyciągam rękę, którą on chwyci swoją brudną, zabrudzoną ręką. Pachnie od niego zupą.

“Jak tu trafiłeś?” – pytam. “Sam. Na ulicy.”

“Poszedłem po chleb. Mama jest chora. Upadłem. Rowerzysta mnie potrącił. Sam nie mogłem wstać” – relacjonuje chłopak.

W międzyczasie on już wstał, ale trzymał się mojej ręki mocno.

“Daleko mieszkasz?” – pytuję, zastanawiając się, co z nim zrobić.

“Nie, tam” – macha ręką w kierunku sąsiedniego budynku. “Pomóż, bo jeszcze raz upadnę.”

“Chodź” – zgadzam się. Nie wydaje się niebezpieczny. Pachnie zupą.

“Jak masz na imię?”

“Paweł.”

“Z kim mieszkasz, Paweł?”

“Z mamą. Jest chora. Potrzebujemy chleba.”

“Poszedłeś po chleb, ciebie potrącili i upadłeś?” – kontynuuję rekonstrukcję wydarzeń.

“Tak.”

“A zazwyczaj kto kupuje chleb?”

“Mama.”

Idziemy wzdłuż bloku. Ludzie wokół nas z zaciekawieniem się oglądają. Brudny Paweł (przypomina mi, że przecież wracał od sklepu) i ja – jak ze święta, z prezentacji.

Docieramy do właściwego wejścia.

“Mieszkanie 59. Parter. Klucze – w kieszeni” – Paweł przekazuje mi swoją poszarpaną kieszeń.

Wchodzimy razem do klatki schodowej. On odpuszcza moją rękę i chwyta się poręczy. Tu już prawie jest u siebie. Jak zawsze, zręcznie unosząc nogi, wchodzi po schodach.

Otwieram drzwi mieszkania 59 kluczami Pawła. Wchodzimy do przedpokoju. Pachnie zupą.

Słaby krzyk z pokoju:

“Pawełku, to ty? Gdzie byłeś dwie godziny? Kupiłeś chleb?”

Kładę klucze na lustro i wychodzę z mieszkania.

Paweł ma mózgowe porażenie dziecięce. Wyszła po chleb do sklepu naprzeciwko dwie godziny temu. Dla normalnej, zdrowej osoby to 10 minut drogi. Ale Paweł ma mózgowe porażenie dziecięce. Co nie przeszkadza mu jeść chleba.

I poszedł. I go potrącili. I upadł. I wracał przez dwie godziny. Po brudnej, mokrej ulicy. Bo wszyscy wokół spieszyli się do domu. Do swoich dzieci, mężów i żon. Z chlebem. A ktoś pomógł wstać temu, kto upadł. Nikt.

Jestem zszokowana. Nie mogę jeszcze ogarnąć myśli. Prawdopodobnie dlatego, że nikt nie miał czasu dla nikogo wokół. Tym bardziej dla Pawła. Brudnego i zdeformowanego. Bo każdy, kto przechodził obok niego, pewnie przykleił etykietkę “Pijany!”, która usprawiedliwiała ich bezczynność.

Nie dlatego, że jesteśmy źli. Po prostu się spieszymy. Mamy ważne sprawy. A dla Pawła też jest to ważne – musi kupić chleb.

Boże, co to było?

Po 20 minutach dzwonię na mieszkanie 59 przez domofon. Nikt nie odbiera. Czekam, aż ktoś wyjdzie z klatki schodowej, wchodzę i dzwonię do dzwonka, na którym napisane jest “59” (Paweł pewnie nie mógł tego napisać sam – ma skurczone ręce, nie mógł sięgnąć).

Nikt nie otwiera. Pewnie mama Pawła jest chora. Wieszam torbę na klamce. W niej chleb i coś jeszcze – ciastka, dżem, herbata. Paweł i jego mama zjedzą zupę z chlebem, którego Paweł nigdy nie kupił, a potem będą pić herbatę z ciastkami.

Trzymaj się, Paweł. I nie upadaj więcej.