“– A dlaczego ja mam z waszymi dziećmi siedzić! Ja swoje wychowałam, a wy dla kogo narodziliście?” – oznajmiła teściowa.

Kiedy ja i Jan pobraliśmy się, miałam 24 lata, a on 26. Bezpośrednio po ślubie wzięliśmy kredyt hipoteczny i kupiliśmy małe mieszkanie. Rodzice Jana pomogli nam finansowo, dając dwadzieścia tysięcy, plus moi rodzice – sto. Po sześciu latach spłaciliśmy kredyt hipoteczny i postanowiliśmy, że teraz pora pomyśleć o dzieciach.

Planowaliśmy, że przez pierwsze cztery lub pięć lat zmieścimy się w naszym jednopokojowym mieszkaniu, a potem pomyślimy o powiększeniu przestrzeni. I oto radosna wiadomość – jestem w ciąży. Ale jakie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że noszę bliźnięta. Zdecydowanie tego nie oczekiwaliśmy z Janem.

Kiedy dziewczynki się urodziły, nawet się ucieszyliśmy, że poradziliśmy sobie od razu. Moi rodzice byli tak szczęśliwi. Ale rodzice Igora niekoniecznie.

Teściowa, widząc maluchy, powiedziała, że niejasne, na kogo dziewczynki są podobne, a teść tylko wzruszył ramionami. Nawet z pierwszymi urodzinami wnuczek przywitali telefonicznie, mimo że żyjemy w tym samym mieście, podczas gdy moi rodzice są daleko w innym.

Po pół roku wydarzyła się tragedia – u matki zmarła siostra. Od której matka odziedziczyła mieszkanie. Rodzice sprzedali mieszkanie, podzielili się pieniędzmi między nami a bratem równo. Tak pojawiła się możliwość kupienia większego mieszkania.

Z Janem znaleźliśmy odpowiednią opcję w dobrej dzielnicy, ale trzeba było jeszcze zrobić remont i kupić meble. Podczas remontu zdecydowaliśmy się przenieść do rodziców Jana, byli tylko za. Sprzedaliśmy nasze jednopokojowe mieszkanie, kupiliśmy dwa, wszystkie rzeczy przenieśliśmy szybko i zaczęliśmy remont.

W nowym mieszkaniu trzeba było wymienić kaloryfery, instalację elektryczną, położyć płytki w łazience i kuchni, laminat w pokojach. Na szczęście okna były plastikowe, więc nie trzeba było na to wydawać nawet pieniędzy.

Na początku wszystko było w porządku. Chodzi o naszą przeprowadzkę do rodziców Jana. Ale nie na długo.

Dlaczego one tak krzyczały? – oburzała się teściowa. – Już mi mózg się gotuje. Zajmijcie je czymś.

Chodziło o nasze własne wnuczki, które wcale nie krzyczały, tylko bawiły się razem. I nawet nie zbyt głośno. Tak zaczęło się od tego dnia.

To zabawki jej przeszkadzały, to często się kąpiemy, to w łazience długo siedzimy, to wszędzie nasze rzeczy gdzie się nie ruszysz.

W końcu pewnego wieczoru Galina Fedorivna oznajmiła Jankowi, że już ją dosyć i niech idzie, gdzie chce. Mówiła, że może siedzieć z dziewczynkami chociażby przez kilka godzin parę razy w tygodniu.

Z Janem ustaliliśmy z robotnikami, aby jak najszybciej przygotowali chociażby podstawowe warunki do życia.

Teraz nawet nie chce wspominać, jak żyliśmy w zniszczonym mieszkaniu z naszymi dwuletnimi córkami. I przez cały ten czas teściowa ani razu nie pomogła niczym. Obiecywała siedzenie z wnuczkami chociażby przez kilka godzin, ale za każdym razem, gdy Jan ją prosił o to, mówiła:

– A dlaczego ja mam z waszymi dziećmi siedzieć! Ja swoje wychowałam, a wy dla kogo narodziliście? Radźcie sobie jak chcecie! Przecież my z ojcem w waszym wieku wszystko zdążyliśmy: wychować dzieci, pracować, mieszkanie urządzać.

Na szczęście trafiła się starsza sąsiadka, która z radością, bez żadnych zastrzeżeń, zabierała nasze maluchy do siebie.