У wieku 42 lat urodziłam trzecie dziecko, pomimo sprzeciwów męża

– Musisz pozbyć się tego dziecka! – krzyczał Artur, gdy powiedziałam mu, że będzie ojcem po raz trzeci. – Nie chcę znowu zanurzać się w pieluchy i pieluchy w wieku czterdziestu dziewięciu lat! Dla mnie wystarczy dwójka dzieci, które są już dorosłe. Jeśli mam się opiekować kimś, to tylko swoimi wnukami.

Mam 42 lata i po raz trzeci zachodzę w ciążę z moim ukochanym mężem. Kiedy się dowiedziałam, byłam szczęśliwa, jak gdyby to się stało ze mną po raz pierwszy. Moje pierwsze dziecko urodziłam w wieku dwudziestu jeden lat. Wtedy dopiero zaczęliśmy spotykać się z Arturem, nawet nie byliśmy zaręczeni, i bardzo długo nie odważyłam się mu powiedzieć, obawiając się, że mnie porzuci.

Nawet myślałam o pozbyciu się dziecka, ale gdy Artur dowiedział się o mojej ciąży (powiedziała mu moja przyjaciółka), uparł się, że muszę mu urodzić syna. W jakiś sposób wtedy zdecydował, że będziemy mieli chłopca (i nie mylił się).

Po miesiącu wzięliśmy ślub, a trzy lata później urodził nam się drugi syn. Teraz, gdy oczekiwałam trzeciego dziecka, mój mąż zachowywał się tak, jakby nadchodziło coś niebezpiecznego dla naszej rodziny.

Artur krążył wokół, krzyczał, że to dziecko nam absolutnie niepotrzebne, i że stanie się dla nas tylko ciężarem.

– W końcu zaczęliśmy żyć dla siebie! – starał się przekazać mi swoje stanowisko. – Dzieci są już dorosłe. Jesteśmy wolni i możemy robić, co chcemy. Przypomnij sobie swoją młodość: chcesz znów nie spać nocami? Słuchać płaczu dziecka i z łzami w oczach zastanawiać się, co mu dolega?

– Tak! Chcę, żeby wszystko było jak wcześniej! – odpowiadałam, ledwo powstrzymując łzy. – Od dawna mówiłam ci, że potrzebujemy trzeciego dziecka.

Nasze dzieci dorosły, a my z wiekiem coraz bardziej oddalamy się od siebie. Teraz nawet nie mamy wspólnych zainteresowań. Po prostu żyjemy obok siebie, nie prowadząc pełnowartościowego życia małżeńskiego! Jesteś zawsze w pracy, dzieci mają swoje sprawy, a ja chcę tylko małego kobiecego szczęścia.

Ale Artur nadal upierał się przy swoim. Nie obchodziło go moje zdrowie ani przyszłe dziecko; teraz martwiło go tylko jedno – z niemowlęciem na rękach nie będziemy mogli pełni wartościowo odpoczywać za granicą i cieszyć się życiem.

Wieczorem zorganizowałam rodzinną naradę, na której nasi synowie poparli mnie we wszystkim i byli niezwykle zadowoleni, że pojawi się braciszek lub siostrzyczka. Nawet im nie udało się przekonać ojca do słuszności mojej decyzji. Następnego dnia zebrał swoje rzeczy i odszedł, mówiąc mi przy drzwiach: „Wrócę, gdy zdasz sobie sprawę ze swojej głupoty”.

Artur udał się do swoich rodziców. Rzadko do mnie dzwonił, pytając: „Czy nie zastanowiłaś się jeszcze nad urodzeniem?”. Ale nawet nie myślałam o odstąpieniu, ponieważ przy mnie były moje dzieci, gotowe wesprzeć mnie w każdej sytuacji. Kiedy dowiedzieli się, że będą mieli siostrzyczkę, byli gotowi nosić mnie na rękach.

Szkoda, że Artura nie było obok w tym momencie. Nawet nie myślałam o rozwodzie. Doskonale znałam trudny charakter Artura i wiedziałam, że potrzebuje czasu, aby zdał sobie sprawę ze swojej nieprawości, a potem na pewno wróci do rodziny. Przez całą moją ciążę nadal dbał o nas, ale oczywiście jego duma bardzo długo nie pozwalała mu uznać porażki.

Poród minął bez większych komplikacji: dziewczynka urodziła się całkowicie zdrowa, a ja czułam się świetnie. Tego samego dnia zrobiłam zdjęcie dziecka i wysłałam Arturowi z życzeniami. Następnego dnia wieczorem, gdy leżałam w sali i czytałam książkę, usłyszałam znajomy, bolesny głos za oknem…

Nawet znalazł swoją starą czapkę w domu rodziców. To w niej marzł sobie uszy, gdy przychodził do mnie do szpitala, i godzinami stał pod oknami w oczekiwaniu, kiedy mu pokażę swojego synka. Teraz stał na ulicy w tej śmiesznej czapce, trzymając ogromnego różowego królika, a kiedy mu pokazałam Angelikę (tak nazwałam naszą córkę), nie mógł powstrzymać łez.

Narodziny córeczki były dla nas z Arturem prawdziwym zbawieniem i trzecim darem losu. Wszystko, przed czym mój mąż się bał, przeżywamy teraz jako cała rodzina, pomagając i wspierając się nawzajem. To są najszczęśliwsze chwile w moim życiu.