Dom budowałam dla siebie i o tym wszystkich od razu uprzedzałam. Ale kiedy już wszystko było gotowe, to synowa powiedziała, że oni tam mieszkać chcą, a mi wystarczy mojej starej chaty

Kiedy wyjeżdżałam do Wielkiej Brytanii, nie miałam nic za duszą, ale miałam wiele planów. Chciałabym dać swojemu jedynemu synowi wykształcenie i kupić mu mieszkanie. A dla siebie planowałam wybudować dom, żeby był najlepszy w wiosce.

Syna swojego wychowywałam sama, mieszkaliśmy w starym domu razem z moją mamą. Mnie tak dokuczało to ubóstwo, że bez wahania wyjechałam za granicę.

W Londynie moja kuma już była i obiecała, że pomoże mi w pierwszych dniach.

Wszystko szło po moim planie, bo wiedziałam, po co tam pojechałam. Wszystkie pieniądze składałam do pudełka.

Cały czas marzyłam o tym, jak wybuduję sobie dom i będę żyła sobie chociaż na starość i ta myśl ogrzewała mnie przez 15 lat, kiedy byłam na zarobkach.

I chociaż nie zawsze było mi łatwo, bo czasem zdarzały się bardzo ciężkie prace, to jednak nie narzekalam na ciężkie życie, a pracowałam dla swojego lepszego jutra.

Syna wykształciłam na uniwersytecie, on w prawniczym się uczył, ale niestety nie poszedł pracować w zawodzie.

Potem mój Andrzej postanowił się ożenić. Jego żoną została Anna. Spotykali się trochę ponad rok, a potem wzięli ślub.

Ja im od razu zaproponowałam, że kupię mieszkanie, ale na razie jednopokojowe, bo na większe nie mam pieniędzy.

Syn początkowo się zgodził, ale po kilku dniach zadzwonił do mnie i powiedział, że zdecydowali, że będą mieszkać z rodzicami Anny, bo mają swój duży dom podmiejski.

A za te pieniądze, które miałabym wydać na mieszkanie, chcą kupić sobie samochód.

Mi się ta idea nie spodobała od razu, ale cóż, syn jest dorosły, niech sam decyduje, co mu potrzebne.

Kupiłam mu samochód. Syn i synowa się cieszyli, to ja i uspokoiłam się i zaczęłam sobie dom budować.

A teraz, kiedy wszystko jest gotowe, synowa oświadczyła, że ona z synem i trójką swoich dzieci idą mieszkać do tego domu.

– Wiecie dobrze, że ja ten dom dla siebie budowałam – mówię dzieciom. – Jeśli wam go oddam, to sama gdzie się podzinę?

– Macie dom w wiosce, tam można mieszkać – oświadczyła synowa.

Ma na myśli dom mojej matki, który prawie się rozpada i w którym wszystko od zera trzeba przerobić.

– Nie pójdę tam mieszkać – mówię.

– To zostańcie jeszcze trzy lata w Londynie i kupicie sobie jednopokojowe mieszkanie – nie może się powstrzymać synowa.

Rozumiem ich, mają troje dzieci, potrzebują powierzchni mieszkalnej. A relacje Anny z jej matką w ogóle się nie układają, nie mogą znaleźć wspólnego języka i w domu nie ma spokoju.

Ale oddać to, dla czego pracowałam wiele lat, też nie mogę.

To więc co mam zrobić, nie wiem?