Szkolny kolega zapewniał, że stanie się bogaty. Po latach zobaczyłem go za ladą sklepu z futrami. Moja satysfakcja trwała krótko

Ponad dwadzieścia lat temu, gdy jeszcze przesiadywałem w szkolnej ławce, miałem jednego przyjaciela. Nie, żeby był najlepszy, ale rozmawialiśmy z nim dość dobrze i blisko. Jedyną przeszkodą w dumnej roli “Najlepszego przyjaciela” były jego przechwałki.

Chodziło o to, że cały czas zapewniał wszystkich wokół, że osiągnie sukces, będzie miał swój ogromny dom z co najmniej dwoma piętrami, ładny samochód i piękną żonę. Sam wychowywał się w biednej rodzinie, więc nie miał dobrego kapitału początkowego na te wszystkie rzeczy.

W ogólnej perspektywie, skończyliśmy szkołę, rozjechaliśmy się wszyscy w różne strony. Ja po półtora roku się ożeniłem, pojawiły się dzieci, spłacamy z żoną kredyt hipoteczny, żyjemy całkiem dobrze. Co się stało z moim przyjacielem, nie miałem pojęcia. Zdecydowałem się podarować mojej ukochanej futro na urodziny, o które bardzo długo marzyła.

Choć nie było to najdroższe futro, musiałem na nie zbierać prawie cały rok. Nadszedł dzień “X”, jedziemy z żoną do sklepu z futrami. Wchodzimy do środka, żona od razu zaczęła się przyglądać. A ja z ogromnym zdziwieniem zobaczyłem za ladą swojego szkolnego kolegę. Pozdrowiliśmy się, zamieniliśmy kilka słów, obsłużył nas dobrze, kupiliśmy futro.

Och, jakie miałem zadowolenie, gdy dowiedziałem się, że główny marzyciel i krzykacz ze szkoły pracuje teraz jako zwykły kasjer. Cieszyłem się z tego, że jego życie nie układało się tak, jak malował je sobie i wszystkim wokół siebie w swojej fantazji. Moje rozczarowanie szybko jednak minęło. Po kilku dniach dowiedziałem się, że nie był po prostu sprzedawcą w tym sklepie, ale jest właścicielem tego salonu.

A za ladą siedział dlatego, że jego sprzedawczyni była na urlopie, akurat wtedy jego żona rodziła w szpitalu. Oprócz tego ma olbrzymią willę dwupiętrową, i samochody-luksusy za kilka milionów każdy, tylko jeszcze nie zdobył kochającej żony. Teraz siedzę i zastanawiam się, czy to kwestia karmy czy nie. A może po prostu szczęścia? Ciekawe, jak udało mu się zmotywować do takich osiągnięć.