Na swoje wesele moja córka nie wezwała mnie. Potem przez siedem lat nie widziałam jej. Wszystko zmieniły tylko pieniądze

Od samego urodzenia rosłam w rodzinie, w której wszyscy się kochali i szanowali, tak samo wychowywałam moją córkę Irenę.

Niczego nie podejrzewaliśmy wtedy, że jakieś nieprzyjemności nas dotkną, mieliśmy szczęśliwą rodzinę, córka nie zaznała odmowy w niczym, ani ode mnie, ani od męża. Była mądra, piękna, jedną z najlepszych studentek swojej uczelni, na którą wszyscy patrzyli z podziwem, była naszym dumem i obietnicą spokojnej starości.

Wszystko było u nas dobrze, dopóki nie odeszło mojego męża, niestety. Ale ludzie nie bez powodu wymyślili przysłowie mówiące o tym, że nieszczęście nie chodzi same, a za nim trzeba oczekiwać kolejnego.

Gdy tylko straciłam męża, tak bardzo tęskniłam, że nie od razu zauważyłam, jak córka przyzwyczaiła się do niebywania w domu, spotykała się z pewnym chłopcem, po studiach odeszła i w ogóle stopniowo oddaliła się ode mnie.

Moja Irena bardzo się zmieniła, stała się zimna, gdzieś zniknęła jej życzliwość i zrozumienie dla mnie.

Później córka zamieszkała z tym mężczyzną w wynajmowanym mieszkaniu, a potem, z biegiem czasu, stracił pracę, a ona przywiodła go do mnie do domu.

On mi się wcale nie podobał, dla mnie był nieprzyjemny, prosiłam moją córkę, żeby zostawiła tego człowieka i znalazła dla siebie godnego i dobrego mężczyznę, bo ten nawet nie był w stanie jej zapewnić normalnego życia, nie mówiąc już o tym, by uczynić ją szczęśliwą, nie ma nawet pieniędzy na chleb. Jak każda matka, chciałam dla mojej córki lepszej przyszłości.

W tamtym wieczorze moja córka opuściła mój dom, jak wtedy myślałam, na krótko. Ale wszystko okazało się inaczej.

Sam do końca nie rozumiem, jak to się stało, ale nasza sprzeczka z córką przeciągnęła się na dziesięć lat. Na początku próbowałam się pogodzić z Ireną, ale ona unikała wszelkiego kontaktu ze mną, a później wyszła za tego mężczyznę.

Na ślub mojej jedynej córki nikt mnie nie zaprosił. Dowiadywałam się przez znajomych, jak się ma moja córka, jak się u niej sprawy mają. Moja córka przyszła do mnie dopiero po siedmiu latach, z prośbą o pożyczenie dużej sumy pieniędzy. Tyle lat nie rozmawialiśmy, i zamiast wszystkich niewysłowionych ciepłych słów znowu się pokłóciliśmy.

Po tym Irena znów odeszła. Jak się później okazało, wtedy czekała dziecko. Ale ja o tym nie wiedziałam, choć gdybym wiedziała, prawdopodobnie nie byłabym w stanie od razu jej wybaczyć siedmioletniego braku kontaktu.

Niedawno przeszłam na emeryturę i zaczęłam często spacerować po parku. I oto, po dziesięciu latach od naszego nieporozumienia, spotkałam córkę na ulicy – spacerowała z synem, moim wnukiem.

To był pierwszy raz, gdy zobaczyłam go tak blisko. Na mnie spłynęła taka fala uczuć, że nie byłam w stanie się opanować: podbiegłam i, łapiąc córkę za ręce, szczerze prosiłam Irenę, żeby nie odrzucała mnie i pozwoliła mi się komunikować z wnukiem.

Od tego dnia, wreszcie, znów odzyskałam swoją córkę, zaczęliśmy odwiedzać się nawzajem. Mogłam przyznać, że wtedy byłam nie w porządku: zięć okazał się niezły człowiekiem. Dzieci mieszkały w urządzonym domu, wnuk był bardzo przywiązany do ojca, a także córka wyglądała na szczęśliwą.

W naszych relacjach teraz nastała harmonia, ale oto tylko córka mi nie ufa. Nie pozwala mi zabrać do siebie z noclegiem swojego dziecka. Na wakacje nie przywozi, a także u siebie na długo mnie nie zatrzymuje. Czy moja dziewczynka tak naprawdę nie potrafiła mnie przebaczyć?

Bardzo ich kocham i chcę im dobra, ale jak pojednać się z rodziną swojej córki, nie wiem. Co mi jeszcze zrobić?