Znacie sposób, w jaki orzeł wybiera ojca dla swojego potomstwa?

Robi to naprawdę ciekawie. Zrywa gałązkę z drzewa lub krzewu, bierze ją w dziób i wznosi się na dużą wysokość, zaczynając tam krążyć. Wokół samicy zaczynają latać orły, wtedy ona wyrzuca tę gałązkę w dół, a sama patrzy. I wtedy jakiś orzeł łapie tę gałązkę w powietrzu, nie pozwalając jej spaść, a następnie ostrożnie przynosi ją do samicy, dziobem do dzioba.

Orlica bierze tę gałązkę i znów wyrzuca w dół, samiec znów ją łapie i przynosi jej, a ona znów ją wyrzuca… I tak się powtarza wiele razy. Jeśli w ciągu pewnego czasu i po wielu upadkach gałązki orzeł za każdym razem ją łapie, to samica wybiera go i łączą się w parę.

Dlaczego ona to robi, zrozumiecie później.

Potem zbierają się wysoko na klifie, tworzą gniazdo z twardych gałązek, dość twarde, i mama z tatą zaczynają wyrzucać z siebie, z własnego ciała, puch i pióra. Tym puchem i piórami pokrywają gniazdo, zatykają wszystkie dziury w nim, robią je miękkim i ciepłym. W takie miękkie i ciepłe gniazdko orlica składa jaja, potem wysiaduje młode. Kiedy pojawiają się pisklęta (a przychodzą na świat bardzo małe, nago, bezradne), rodzice okrywają je swoim ciałem, chronią przed deszczem, palącym słońcem, noszą im wodę i jedzenie, a pisklęta rosną. Ich pióra zaczynają rosnąć, skrzydła i ogon się umacniają.

I oto już są opierzone, chociaż jeszcze małe. Wtedy mama z tatą widzą, że już czas…

Tata siada na krawędzi gniazda i zaczyna bić go skrzydłami: łupie, bije, trzęsie nim. Po co? Aby wyrzucić wszystkie pióra i puch, aby pozostała tylko twarda konstrukcja z gałązek, którą na początku splecili i ułożyli. A pisklęta siedzą w tym wytrząśniętym gnieździe, jest niewygodnie, trudno, i nie rozumieją, co się stało, bo wcześniej wszystko było inaczej. Rodzice karmili je, nakarmili, a teraz wszystko zniknęło: gniazdo stało się twarde, pióra i puch zniknęły, a rodzice sami jedzą rybę, a im nie dają.

Co robić? Przecież chce się jeść, trzeba wyjść z ciepłego gniazdka! I wtedy pisklęta zaczynają wykonywać ruchy, których nigdy wcześniej nie robiły. Nadal by tego nie robiły, gdyby rodzice nadal się nimi zajmowali.

Pisklęta zaczynają wychodzić z gniazda. Oto mały orzełek wychodzi, jest niezdarny, nic jeszcze nie umie, nic nie wie. Gniazdo jest na klifie, bardzo wysoko, żeby żadne drapieżniki się nie zbliżały. Pisklę zrywa się z tego zbocza, zjeżdża po nim brzuchem, a potem wlatuje w przepaść. A wtedy tata (ten, który kiedyś łapał gałązki) rzuca się w dół i chwyta go na swoje plecy, nie pozwalając mu rozbić się. I potem, na swoich plecach, podnosi go z powrotem do niewygodnego gniazda, z powrotem na klif, i wszystko zaczyna się od nowa. Pisklęta spadają, a rodzice je łapią.

Żadne z piskląt orlich nie rozbija się.

I oto w pewnym momencie jednego z upadków pisklę zaczyna wykonywać ruch, którego nigdy wcześniej nie robiło: rozciąga na wietrze swoje boczne wypustki – skrzydła, wpadając w strumień powietrza i w ten sposób zaczyna latać. Tak orły uczą swoje pisklęta. A kiedy pisklę już zaczyna latać samodzielnie, rodzice biorą je ze sobą i pokazują miejsca, gdzie jest ryba. Już nie noszą jej w dziobie.

To bardzo dobry przykład tego, jak powinniśmy wychowywać nasze duchowe i fizyczne dzieci. Jak ważne jest, aby nie trzymać ich w cieplutkim gniazdku! Jak ważne jest, aby nie nadmiernie ich karmić rybką, kiedy sami już potrafią ją łapać! Ale z jaką troską powinniśmy nauczyć ich latać, poświęcając im swoją siłę, czas, mądrość i umiejętności! Przecież samica wybiera samca, rzucając gałązkę. Nie chce, żeby jej dzieci się rozbijały. Wybierzesz niedbałego tatusia bez sprawdzania, a potem dzieci zostaną zaniedbane… W orłach tak mało piskląt, jedno lub dwa…