Dzieci dorosły. Chciałam urodzić malucha. Cała rodzina była zdecydowanie przeciw…

Myślę, że moja sytuacja nie jest aż tak unikalna. Wychowaliśmy z mężem dwoje dzieci. Córkę wyszliśmy za mąż, ona z mężem mieszka w innym mieście, komunikacja – telefoniczna. Jeśli włączają wideokonferencję, dla mnie to wielkie święto.

Syn zbliża się do pełnoletności. Naturalnie, kompletnie nie rozumiem jego aspiracji (według jego własnej wersji), muzyki i wszystkiego innego, co związane z jego kręgiem towarzyskim. W rezultacie – drzwi do pokoju syna są ciągle zamknięte.

Mąż cały w pracy. Ja też pracuję, zdążam wrócić, przygotować kolację, powitać męża, nakarmić, posprzątać i… to wszystko. Nie jestem już potrzebna. Ukochana kanapa, telewizor, piłka nożna, wiadomości…

Taki stał się mój życiowy układ na czterdziestce. I bardzo zechciałam mieć malucha, żeby znów było o kogo dbać szczerze i bezwarunkowo, od kogo otrzymywać taką samą bezwarunkową szczerość, czuć się potrzebną, kochaną, niezastąpioną.

Mąż zdziwił się moim kobiecym kaprysami, ale specjalnie nie protestował. Sumiennie, tzn. “odpracował”, i oto ja – czterdziestoletnia w ciąży.

Mama machała rękami, lamentując, co teraz będzie, syn ironicznie się uśmiechał, a córka w ogóle zrobiła awanturę, oświadczając, że nie zamierza opiekować się siostrzyczką lub braciszkiem. Jakbym o to ją prosiła…

W takiej oto atmosferze minęły moje pierwsze trzy miesiące ciąży. Potem było USG, smutny wniosek o zatrzymanym rozwoju płodu, operacja…

Teraz już na pewno nie zostanę mamą. A pragnienie przytulenia do siebie małego ciepłego kłębuszka nie zniknęło. Mąż próbuje mnie rozpraszać kurortami, podróżami, ale tam zawsze trafiają się te słodkie maluchy, tuptające za rękę z mamami, i za każdym razem ogarnia mnie fala czułości i smutku…