Jak odzwyczaiłam teściową od wizyt u córki w domu

Moja Irenka jest już 15 lat po ślubie. Na początku dzieci mieszkały w wynajmowanym mieszkaniu, bo nie mogliśmy im pomóc z własnym lokum. Młodzi zarabiali pieniądze, odkładali i dzielnie dążyli do swojego celu.

Po jakimś czasie córka przyszła do mnie we łzach i zaczęła opowiadać, że teściowa nie daje jej żyć. Przychodziła do nich do domu i zaczynała gotować, sprzątać, rozdawać rady. Córce to nie odpowiadało, bo chciała być jedyną gospodynią we własnym domu. Do tego teściowa przechodziła na osobiste wycieczki i mówiła, że z Iry nic nie będzie, krytykowała i wyśmiewała każdy jej ruch. Córka liczyła na obronę męża, ale zięć nie chciał występować przeciw matce, by nie psuć relacji.

Rozumiałam, że płaczem sprawy nie załatwię i trzeba coś zrobić. Zaczęłam też odwiedzać córkę wtedy, kiedy przychodziła matka zięcia. Postanowiłam pomagać teściowej, bo nie tak łatwo zarządzać dwoma domami. Oczywiście, nie pozwalałam jej drwić z córki, ale trochę jej podgrywałam. Teściowa nerwowo kręciła nosem, bo jej przeszkadzałam w dyrygowaniu przedstawieniem.

Zięć zaczął narzekać, że za często wpadam z wizytą. Nie był głupi, rozumiał, że jestem w pakiecie z jego mamusią, więc najpierw musiał się jej pozbyć, a potem i ja się wyniosę. Więc poprosił mamę, by sobie poszła. Mówił, że może przychodzić na święta, ale z gospodarstwem jego żona świetnie sobie radzi.

Teściowa długo była obrażona i nawet próbowała grozić mojej córce. Pewnego razu, będąc przy mnie, oświadczyła, że nie będzie opiekować się wnukami, na co ja jej odpowiedziałam:

— I doskonale! Nie będziemy ich dzielić. Bardzo kocham dzieci!

Z czasem teściowa się uspokoiła, znalazła sobie inną synową do nękania, ale mojej Irenki już nie dotyka. I co chcę wam powiedzieć: na każdego wilka znajdzie się wilkołak, więc myślcie o konsekwencjach. Postawcie się na miejscu “ofiary” i zastanówcie się, czy podobałoby wam się takie traktowanie?