Spotykając swoją żonę dwa lata po rozwodzie, wszystko zrozumiałem, ale ona tylko się uśmiechnęła i pokręciła przecząco głową w odpowiedzi na propozycję zacząć wszystko od nowa…

Gdy urodziło się drugie dziecko, Kasia całkowicie przestała dbać o siebie. Jeśli wcześniej zmieniała ubranie pięć razy dziennie, to po powrocie ze szpitala, jakby zapomniała, że ma jeszcze inne ubrania oprócz długiej koszulki i sportowych spodni z wygniecionymi kolanami.

W tym „wspaniałym” zestawie żona chodziła nie tylko stale, ale często nawet w nim spała. Na moje pytania odpowiadała, że tak jest jej wygodniej w nocy wstawać do dzieci. Logika, oczywiście, była, ale wszystkie swoje zasady, które wcześniej ciągle słyszałem od niej na temat „Kobieta powinna być kobietą w każdej sytuacji”, moja Kasia zapomniała. Zapomniała wiele rzeczy – o swoim ulubionym salonie manicure-pedicure, siłowni, nawet, przepraszam za tę intymną szczegółowość, zapominała rano zakładać biustonosz, chodząc z opuszczonym biustem i nie widząc w tym niczego niezwykłego.

Naturalnie, figura żony też się zmieniła. Dotyczyło to wszystkiego – talii, brzucha, nóg, szyi. Na fryzurę było strasznie patrzeć – albo jakiś rozczochrany kłębek, albo, na szybko skręcony „kocz”, z wystającymi we wszystkie strony pasmami. Szczególnie straszne było to, że przed porodem moja Kasia wyglądała na piątkę z plusem, kiedy szedłem z nią ulicą, rzadki mężczyzna nie zwracał na nią uwagi, to mi schlebiało, owszem, obok takiej piękności, i cała moja! A teraz – od piękności nie zostało nic z tego, co było wcześniej…

W domu panował mniej więcej taki sam „porządek”, jak wygląd żony. Jedyną rzeczą, którą zdążyła robić – gotować. Szczerze mówiąc, w tym Kasia była as, i narzekać na wyżywienie byłoby grzechem. No, a we wszystkim innym – smutno.

Próbowałem ją przekonać, że nie można tak siebie zaniedbywać, ale żona tylko winowajczo się uśmiechała i mówiła, że się poprawi. Czas mijał, miałem dość codziennego widoku podobizny kobiety, i pewnego dnia podjąłem decyzję – rozwód. Kasia próbowała mnie przekonać, znowu obiecywała, że się poprawi, ale nie urządzała scen, przekonawszy się, że naprawdę zdecydowałem odejść, westchnęła:

– Jak chcesz… Myślałam, że mnie kochasz…

Nie wdawałem się w dyskusję „kochasz-nie kochasz”, złożyłem wniosek do USC, i wkrótce otrzymaliśmy nasze egzemplarze aktu rozwodowego.

Pewnie nie jestem zbyt dobrym ojcem, bo oprócz alimentów byłej rodzinie niczym nie pomagałem, nie chciało mi się znów spotykać z tą, która kiedyś mnie swoją urodą po prostu oczarowała.

Minęły dwa lata. Idąc ulicą, z daleka zauważyłem kobietę z takim znajomym tanecznym krokiem, szła mi naprzeciw. Gdy zbliżyła się bliżej, nie

mogłem uwierzyć własnym oczom – to była Kasia! Tylko teraz wyglądała jeszcze lepiej, niż w czasie naszych początkowych randek – sama kobiecość. Wysoki obcas, piękna fryzura, wszystko dopasowane – sukienka, makijaż, manicure, biżuteria… A zapach znajomych perfum mnie po prostu omamił!

Pewnie na mojej twarzy było wszystko napisane, bo była żona nawet się roześmiała:

– Co, nie poznałeś? Przecież mówiłam ci, że się poprawię, a ty nie wierzyłeś!

Kasia łaskawie pozwoliła mi odprowadzić ją do siłowni, opowiedziała o dzieciach, że rosną zdrowo, o sobie nie rozprawiała, co i tak nie było konieczne, zewnętrzny wygląd, pewność siebie i jakiś szyk, którego wcześniej nie było mówiły same za siebie.

Przypomniały mi się dni, kiedy była żona wyglądała zupełnie inaczej, zmęczona bezsennymi nocami z dziećmi i rutyną dnia codziennego, jak irytowały mnie jej koszulka i spodnie, „kocz” na głowie, brak manicure… To była ta sama kobieta, którą zostawiłem, a wraz z nią zostawiłem też swoje dzieci, ulegając swojemu egoizmowi i emocjom.

Żegnając się, zapytałem, czy można będzie zadzwonić, dodałem, że wszystko zrozumiałem i zaproponowałem zacząć od nowa. A piękność tylko się uśmiechnęła i pokręciła przecząco głową:

– Za późno zrozumiałeś, do widzenia!