Teściowa się wtrąciła – musiałam się rozwieść. Ale jestem jej bardzo wdzięczna

Jeszcze pięć lat temu mój mąż dobrze zarabiał w dużej firmie. Miał bardzo napięty grafik, praca była ciężka, widywaliśmy go z dziećmi rzadko, ale nie mieliśmy problemów finansowych.

Oczywiście, nie podobało mi się, że prawie nie widzę swojego męża, a dzieci wychowuję praktycznie sama, ale tak już było. Dzieciom na ich pytania „gdzie znowu zniknął tata” mówiłam wtedy, że „zarabia na smakołyki”. Rzeczywiście czasem myślały, że gdzieś zniknął. Wychodził bardzo wcześnie, a wracał, kiedy one już spały, jeździł w delegacje, znikał na tygodnie.

Ja też miałam dość intensywną pracę, ale z dobrym grafikiem, chociaż czasem nie zdążałam odebrać dzieci z przedszkola. Pracuję w szkole jako nauczycielka.

Ale wtedy trzeba było pomóc pracownikowi socjalnemu z kilkorgiem dzieci, więc też zostawałam w pracy dłużej. I musiałam prosić o pomoc teściową.

Od razu powiem, że moja teściowa jest bardzo specyficzna. Nie lubi, gdy nazywa się ją babcią, nie bardzo pilnuje dzieci. I ciągle mówi, że jest zbyt obciążona wnukami. A ona jeszcze bardzo młoda, piękna, ma wielu adoratorów, więc za wcześnie na bycie babcią. Ale musiałam się do niej zwracać, inaczej dzieci byłyby całkiem same. Znajomych, którzy mogliby z nimi posiedzieć, nie miałam, a zwykłą nianię brać nie chciałam. Chociaż moja przyjaciółka bardzo radziła wziąć właśnie nianię. Ale zdecydowałam, że lepiej zostawić dzieci z mamą męża.

Pewnego dnia zostawiłam swoje dzieci razem z teściową i pobiegłam do pracy. Po kilku godzinach zadzwonili do mnie sąsiedzi mieszkający obok i powiedzieli, że u nas w domu dzieje się coś strasznego. Krzyczą, kłócą się, słychać dźwięk tłuczonej zastawy.

Szybko poprosiłam o wolne i pobiegłam do domu. Drzwi były otwarte. Już nie wiedziałam, co myśleć. I widzę taką scenę. Teściowa siedzi w kuchni, płacze, obok niej nieznajomy mi mężczyzna, patrzy na nią, uspokaja. A dzieci nie ma. Teściowa zaczęła się tłumaczyć. Opowiadała, że byli w pokoju z mężczyzną, a dzieci w tym czasie gdzieś zniknęły.

W tym momencie byłam gotowa ją po prostu rozszarpać. Zaczęłam wybierać numer męża, nic konkretnego nie mogłam przez łzy powiedzieć, ale trzeba było się trzymać, żeby znaleźć dzieci. On mi powiedział, że ma dużo pracy, radźcie sobie sami. Nawet straciłam dar mowy, rzuciłam telefonem i pobiegłam na ulicę. Po drodze krzyknęłam do teściowej, żeby więcej nie pojawiała się na moich oczach.

Pobiegłam do najbliższego komisariatu, od razu zaczęli szukać moich dzieci. A jeszcze mówiono mi, że w policji nikt nie będzie od razu szukać. Poszłam z jedną z pracownic po podwórkach, jej koledzy zacz

ęli przeszukiwać centrum handlowe. Dzieci nigdzie nie było. Na początku płakałam, potem uspokoiłam się i zaczęłam po prostu się modlić i szukać.

Minęły trzy godziny. Zaczęło się ściemniać. Doszłyśmy do mojego mieszkania. Wciąż miałam nadzieję, że dzieci wróciły do domu. Ale ich tam nie było. Za to wzięłam telefon i zobaczyłam wiele nieodebranych połączeń od wychowawczyni z przedszkola. Okazało się, że dzieci pobiegły do niej, ona do mnie dzwoniła, ale ja nie odbierałam telefonu.

Pojechałyśmy z tą panią z policji do przedszkola. Dzieci były z wychowawczynią. Wtedy byłam po prostu szczęśliwa. Okazało się, że uciekły przed teściową. Ona ich uderzyła i nakrzyczała. Przeszkadzały jej rozmawiać z jakimś wujkiem. Bardzo dziękowałam wychowawczyni i postanowiłam, że więcej nie wpuszczę teściowej na próg.

W domu położyłam dzieci spać i zaczęłam myśleć, co robić. Wezwałam fachowców, którzy wymienili mi wszystkie zamki. W tym czasie zebrałam rzeczy męża i wystawiłam torby za próg. Prawda, tego dnia mąż nawet nie przyszedł do domu.

Następnego dnia poprosiłam o wolne w pracy i złożyłam wniosek o rozwód. Dziwnie, ale robiłam to jakoś spokojnie, bez łez. Wiedziałam, że tak trzeba postąpić. Mąż przyszedł wieczorem. Coś prosił, przepraszał. Ale ja nic nie odpowiedziałam, musiał zabrać rzeczy i wyjechać. A potem dowiedziałam się, że od dawna ma kochankę.

Teraz żyję sama ze swoimi dziećmi. Prawda, niedawno poznałam innego mężczyznę. U mnie wszystko dobrze. I nawet jestem wdzięczna byłej teściowej. Gdyby nie ona, ile bym się jeszcze męczyła z byłym mężem. Tak, pracował, ale nie było go w moim życiu, żył tylko dla siebie i swojej pracy.