“Znaczy dziecko do was nie pojedzie!” – powiedziałam swojej teściowej

“Proszę, dajcie mi już spokój!” – mówię matce mojego męża, “Przecież już wszystko wam tłumaczyłam wiele razy! Muszę biec do dziecka.”

W małżeństwie z Tomkiem jesteśmy już osiem lat. Teściowa ogólnie jest dobrą kobietą, ale obraża się na mnie, że nie chcę puścić dziecka do nich na wieś z dziadkiem.

“Przecież wcześniej puszczałaś dziecko do nas! Dziadek z nami się nudzi, chcemy zabrać wnuka do siebie. No ten raz tak wyszło! Ty będziesz spokojnie w domu z córką, a wnuk będzie u nas.”

Teraz moja córka ma miesiąc, a syn prawie cztery lata. I syna regularnie oddawałam babci i dziadkowi na weekendy na wieś. I zawsze go tam zawoziłam. Wtedy z mężem właśnie załatwialiśmy kredyt na mieszkanie.

Teściowa mieszka na wsi, mają swój dom i samochód.

“Dziadek już wyjechał po wnuka. Wkrótce będzie!” – mówiła mi matka męża, “Kupiłam wnukowi trochę ubranek, więc nie pakuj za dużo, jedzenie też jest!”

I matka męża zawsze dbała o wnuka, nie próbowała dać mu czegoś zakazanego do jedzenia. Ale nigdy sama nie przyjeżdżała po dziecko. Tylko męża wysyłała. Mówiła, że jej zdrowie nie wytrzyma podróży. Ja z powodu ciąży nie mogłam wozić dziecka, mąż pracował.

“Co takiego, że dziecko dziadek przywiezie? Wnuk przecież od razu w samochodzie zasypia!” – mówiła mi matka męża.

I rzeczywiście mój syn w samochodzie od razu zasypia. Ale raz dziadek przywiózł syna z wielką guzkiem na czole.

“Uderzył się w samochodzie…” – wyjaśnił dziadek.

Jak to się stało? Okazuje się, że dziadek odpiął dziecko i z nim poszedł na stację benzynową, a potem nie chciał go włożyć do fotelika, i dziecko siedziało na zwykłym siedzeniu, a gdzieś wyjechał inny kierowca i zahaczył o dziadka.

Wtedy byłam niesamowicie zdziwiona. I dobrze, że skończyło się na guzie, mogło być o wiele gorzej. A ja wtedy byłam jeszcze w ciąży, miała niedługo rodzić, na nerwach zaczęłam rodzić.

Później to wytknęłam, ale z czasem się uspokoiłam.

“Mąż sam cię przywita z porodówki!” – powiedziała mi matka męża.

I faktycznie, przyjechał po nas. Zrobiliśmy zdjęcia. A potem wsiedliśmy do samochodu.

Wtedy o mało nie posiwiałam od jazdy teścia. Pędził tak szybko, robił takie straszne wyprzedzania, że trudno opisać. Nawet mój mąż zaczął go uspokajać.

“Tato, dokąd tak śpieszysz?! Mamy dużo czasu. Nie pędź!”

“Nie martw się! Dojedziemy bez problemu! Mam przecież duże doświadczenie!” – odpowiedział mu ojciec.

I wtedy zrozumiałam, skąd u mojego syna ten guz.

“Tak, mąż zawsze tak jeździ! Ale w wypadkach nie był. Tylko z wnukiem pierwszy raz coś takiego się stało!”