– Anna? A dlaczego akurat Anna? Dość dziwny wybór w dzisiejszych czasach i wśród nowoczesnych imion!

Nawet nie wiem, jak dokładniej opisać moje relacje z teściową. Chyba jest to teatr jednego aktora. Elżbieta bardzo lubi demonstrować swoje emocje, jakby była na scenie, czasem nawet chce się jej bić brawo, tak bardzo wciela się w rolę, powstrzymuje mnie tylko skandal, który następuje po owacjach, teściowa też potrafi urządzać.

Opiszę kilka aktów w naszym rodzinnych spektaklu pod tytułem „Jak nazwać wnuczkę”. Kiedy byłam w ciąży z naszą starszą, Anią, i teściowa dowiedziała się, jak chcę nazwać swoją dziewczynkę, zaczęła swoje wystąpienie, unosząc głowę, spoglądając na mnie z niedowierzaniem i mówiąc z zadziwieniem w głosie:

– Anna? A dlaczego akurat Anna? Dość dziwny wybór w dzisiejszych czasach i wśród nowoczesnych imion! Uważam, że tylko Zuzanna – to najbardziej odpowiednie imię dla dziecka płci żeńskiej!

Wtedy nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem:

– Elżbieta, dziecko płci żeńskiej nazywa się po prostu – dziewczynka, a co do imienia, już się zdecydowałam, do tego Anna Krzysztofówna bardzo pasuje do nazwiska, spróbujcie w domu powiedzieć na głos, spodoba się.

Teściowa po moim śmiechu obraziła się, ale zauważyłam jej bezgłośne poruszanie ustami, nie mogła wytrzymać do domu, ale przy mnie nie chciała deklamować „Anna Krzysztofówna”, jakże, korona by spadła!

Anna Krzysztofówna urodziła się i znalazła się w akcie urodzenia tak, jak my z mężem chcieliśmy. A jeszcze chcieliśmy, aby Ania miała siostrzyczkę z minimalną różnicą wieku, więc nie zwlekaliśmy zbyt długo, już po siedmiu miesiącach zaczęłam przygotowywać się do ponownego macierzyństwa.

Oczywiście, było trochę trudno, Ania jeszcze nie wyszła z wieku niemowlęcego, zaczęły wychodzić zęby, ale mąż i moja mama bardzo mi pomagali, tylko teściowa zawsze chodziła z taką miną, jakby miała wkrótce swój benefis.

Zasadniczo, odbył się, prawda, widzów było mało – moi rodzice, mąż, ja i nasza mała Ania, jeszcze nie rozumiejąca wysokiego geniuszu babci-aktorki.

Tego dnia miałam USG, a wyniki potwierdziły, że znowu będziemy mieli dziewczynkę. My z mężem jakoś byliśmy tego pewni i z góry zdecydowaliśmy, że naszą drugą pociechę nazwiemy Ewą.

Na uroczystej kolacji ogłosiliśmy rodzinie nowiny, i tu zaczęła się teatralna akcja teściowej:

– Co za biblijne motywy? Rozumiecie, jakie asocjacje będą towarzyszyć dziewczynce przez całe jej życie? Jak jej będzie trudno, jak będzie się wstydzić swojego imienia?

Mój tata po prostu osłupiał, słuchając monologu teściowej, a kiedy odzyskał mowę, zapytał:

– A dlaczego, szanowna Elżbieta, Ewa miałaby wstydzić się swojego imienia?

„Szanowna” zabrzmiało z wyraźną ironią, teściowa to zauwa

żyła i przeniosła swoją grę na mojego ojca:

– Jak? I pan, Jan Marianowicz, dorosły człowiek, nie może zrozumieć, że imię Ewa jest zupełnie nieodpowiednie! Zamiast oświecać młodzież, popiera pan ich dziwne kaprysy!

Tata zaśmiał się:

– No, skoro już zdołali pomyślnie począć drugie dziecko, myślę, że nie muszę uświadamiać ani syna, ani drogiej synowej, sami sobie radzą. Niech więc i z imionami sami decydują, nie ma co wtrącać się do ich życia z poprawkami!

Byłam po prostu zachwycona tak aktywnym wsparciem taty, czego nie można powiedzieć o teściowej. Ona teatralnie złożyła ręce na piersiach i patetycznie wykrzyczała:

– Cóż, jeśli nie mogę dotrzeć do drzwi prowadzących do wzajemnego zrozumienia, róbcie, jak chcecie!

Kurtyna.