Jeśli ci potrzebne, to ty to zrób! Co robić z mężczyznami, którym nic nie potrzeba?

Jak wiadomo, mężczyźni w życiu rodzinnym mają tylko dwa sojuszniki: “walizka-dworzec-mama” i “jeśli ci potrzebne, to ty to zrób”. Jeśli współczesne kobiety nauczyły się jakoś radzić sobie z pierwszym dzięki własnym nieruchomościom i wspólnym kredytom hipotecznym, to przeciwko drugiemu jeszcze nie opracowano skutecznego antidotum. Rzeczywiście, co zrobić z kimś, komu nic nie potrzeba? Nie od razu to zrozumiesz…

Ogólnie rzecz biorąc, temat “jeśli ci potrzebne, to ty to zrób!” jest poważnie skomplikowany przez historyczne tło, tak można powiedzieć. Sprawa w tym, że do niedawna kwitło i pachniało całe pokolenie kobiet z ciągłym poczuciem winy, skomplikowanym przez zaburzenie obsesyjno-kompulsywne. Prawdopodobnie każda z nas może przypomnieć sobie jakąś babcię lub ciotkę, która nigdy się nie zatrzymywała, jakby to nie była kobieta, ale elektryczna szczotka na wiecznym biegu. Raz myje okna z naciskiem, raz gotuje dżem z zawałem serca, raz myje podłogi z ranionym palcem. Przy tym nie zapominając upominać bliskich: przecież robię to wszystko dla was, darmozjady.

Takie kobiety z jednej strony przyzwyczaiły się do bycia filarem rodziny. Czyli ich wysiłku nie da się “anulować” ani zdewaluować. Z drugiej strony, ten ciągły pośpiech często wykraczał poza granice i szkodził samej kobiecie. Przecież nikt by nie umarł, gdyby położyła się spać ze stosem brudnych naczyń w zlewie. Nikt jeszcze nie umarł z powodu brudnych luster i okien, sprawdzałam. A kobieta nawet nie może dopuścić takiej myśli. Ona, jak szop pracz, ciągle coś myje, gotuje, skrobie. A najgorsze jest to, że na każdym kroku krytykuje bliskich, niszcząc ciepłe relacje.

W rzeczywistości podłoże takiego zachowania jest dość smutne. To psychologiczna trauma pokoleń, które dorastały w ekstremalnych warunkach. Ale teraz takie kobiety stały się już “rzadkością” i “antykiem”. I od razu wyjaśniam, że nie mam na myśli ich. A tych, którzy w odpowiedzi na najbardziej zwykłe i rutynowe prośby słyszą “jeśli ci potrzebne, to ty to zrób”.

Wyobraź sobie sytuację. Dwóch uczniów, na przykład Piotr i Małgorzata, umówili się, że zrobią razem pracę domową. Małgorzata rozwiąże dziesięć zadań i da Piotrowi spisać. I Piotr rozwiąże dziesięć zadań i da Małgorzacie spisać. I oto w ustalonym dniu okazuje się, że pracę domową zrobiła tylko Małgorzata. Dlatego oboje dostają trójkę.

Ta sytuacja jest nieprzyjemna. Jest niesprawiedliwa – w końcu Małgorzata zrobiła swoją część pracy na “piątkę”, Piotr nie zrobił nic w ogóle, ale obaj otrzymali średnią

arytmetyczną. Ale nawet ta sytuacja wcale nie ilustruje tego, co dzieje się w rodzinie.

W sytuacji, gdy Małgorzata i Piotr pracują, zarabiają plus-minus tyle samo, ale Małgorzata jeszcze haruje w domu samodzielnie, to piątkę za “żywiciela” i tak dostanie Piotr. I nikt nie będzie badać, że budżet składa się z dwóch pensji. A “dwójkę” za brudną podłogę i kwaśny barszcz i tak dostanie Małgorzata. Bo przecież jest kobietą i w jej strefie odpowiedzialności nie wszystko jest w porządku. Przy takim układzie używanie frazy “jeśli ci potrzebne, to ty to zrób” przez mężczyznę nie tylko jest możliwe, ale i opłacalne. Bo i tak pozostaje poza krytyką i dyskusjami. Nikt od niego nie oczekuje, że będzie czysto, ładnie i schludnie. I na razie nie bardzo rozumiem, co z tym zrobić. Czy kobiety mają się nauczyć efektywniej ignorować cudze opinie. Czy może wszyscy razem mężczyzn należy częściej krytykować. Ale osobiście nie mam ani sił, ani czasu, by wychowywać cudzego dorosłego człowieka. A swojego – tym bardziej.

Kiedy w wiadomościach tu i ówdzie pojawia się skandal korupcyjny, bohaterami tej sprawy są częściej mężczyźni. Tak to już jest, ponieważ generalnie częściej zajmują lukratywne stanowiska i są bardziej skłonni do ryzyka. I bardzo ciekawe jest obserwowanie tego, co im zabezpieczają, w jakich warunkach żyją… I jakoś nie widzę żadnej tendencji do minimalizmu.

Niewyobrażalne pałace, stoły jak z muzeum, masa drobiazgów, które sprawiają wrażenie, że to nie domek surowego policjanta, ale domek jakiejś lekkomyślnej baletnicy z wielkimi ambicjami. Mężczyźni z pieniędzmi bardzo lubią i cenią sobie obfitość, luksus i komfort. Oto czego mężczyźni na pewno nie lubią – to wysiłku, nadludzkiego wysiłku, który jest potrzebny, aby ten komfort stworzyć własnymi rękami. Dlatego przy pierwszej okazji starają się go stworzyć cudzymi rękami. Na przykład kobiecymi.

Prawda jest taka, że większość wyznających tę zasadę nie chce chodzić po lepkim, spać na brudnym, nosić śmierdzące i jeść zepsute. Chcą dokładnie przeciwnego. I nawet to otrzymują w większości przypadków, ponieważ kobieta nie pozwala swojej aktywności spaść do zera z powodu sumienia, zauważmy w nawiasach. W rezultacie bardzo na tym zyskują. I może się wydawać, że w związkach zasadniczo wygrywa ten, komu mniej potrzeba.

A to już duże pytanie. Teraz, z perspektywy swojego wieku, widzę dość dużo par, które się rozwiodły. I tam, gdzie przyczyną było “jeśli ci potrzebne, to ty to zrób”, mężczyźni żyją niezbyt dobrze. Kobiety z trudem, ale radzą sobie. Robią remonty, urządzają życie, wychowują dzieci. Żyją lepiej niż przedtem. A “jeśli ci potrzebne” nadal leżą, zarastając mchem. I nic wokół nich nie dzieje się samo. Ok

azuje się, że to nie jest tak opłacalna strategia. Raczej, jest opłacalna, ale dopóki cię nie zrzucili z szyi. A kiedy zrzucili, to już nie jest tak świetnie… Biorąc pod uwagę, że kobiet gotowych robić wszystko za mężczyznę i nie narzekać, jest coraz mniej, a liczba mężczyzn, którzy chcą tylko mówić, że im to nie potrzebne, pozostaje ogromna, można wyciągnąć własne wnioski…

I wiesz, nie jestem fanką Łabkowskiego z jego “nie podoba się – odejdź”. Dobrze odejść, gdy nic cię nie wiąże, oprócz dobrze spędzonego wieczoru. Ale jeśli są majątek, dzieci, życie we dwoje? Ale też nie chce się być cierpliwą, a właściwie cierpiącą regularnie… Co robić?

Myślę, że są tutaj właściwie dwa wyjścia, i oba złe. Pierwsze – rozgraniczenie. Czyli obiad kupowany ściśle dla siebie i dziecka, oddzielne sypialnie, oddzielne posiłki i tak dalej. Koniec – albo stopniowe przewychowanie mężczyzny, albo rozstanie, na to też trzeba być gotowym. Ale jak mi się wydaje, dużo łatwiej jest dźwigać na sobie byt, wiedząc, że nikt ci nie pomoże, niż za każdym razem przekonywać się, że nie chcą ci pomagać.

Druga opcja, bardziej skomplikowana – zrozumieć, czego właściwie potrzebuje mężczyzna, i co znajduje się w strefie twoich zainteresowań. To coś w rodzaju: nie będziesz tego robić, więc zrób coś innego. Zastąp technikę, zrób remont itd. Aby wkład był równy. Ale wtedy kobieta zamienia się w taką sprytną wychowawczynię (i za tę dodatkową pracę jej nie dopłacają). I to nie działa z tymi, którzy w ogóle niczego nie chcą.

Wniosków z tego wszystkiego nie chce się wyciągać żadnych, oprócz następujących. Jeśli ktoś jest naprawdę minimalistą, niech żyje z takim samym minimalistą i razem niech się przykrywają gazetą. Tym, którzy chcą zrzucić pracę na cudze ręce, proponuję jedno – szybko wymrzeć. Bo nic innego i tak nie potrafią.