Mąż odszedł do koleżanki z roku naszej córki…

Gdy kończyłam studia medyczne, nigdy nie przypuszczałam, że życie za dwadzieścia lat tak się potoczy.

Ze swoim przyszłym mężem studiowaliśmy razem, kończąc studia jako stażyści stomatolodzy. Po odbyciu stażu, Aleksander oświadczył się, wzięliśmy ślub, a ja od razu zaszłam w ciążę. Mój młody mąż zapalił się pomysłem otwarcia prywatnej kliniki, aby nie zależeć od nikogo i zarabiać znacznie więcej niż w gabinetach miejskich przychodni. Z mieszkaniem mieliśmy wszystko w porządku – mieszkaliśmy w pięknym trzypokojowym mieszkaniu, które Aleksander odziedziczył po babci. Podjął decyzję o zarabianiu na rodzinę, a mi powierzył obowiązki strażniczki domowego ogniska. Spróbowałam zaprotestować, również chciałam się realizować jako dentystka, ale mąż miał przekonujące argumenty. USG wykazało, że noszę bliźniaki różnej płci, zajmowanie się pacjentami w czasie ciąży było niemożliwe, a po porodzie naturalnie zawsze jest czym i kim się zająć. Dlatego zgodziłam się z opinią męża.

Urodziłam nasze dzieci, Władka i Zosię, i całkowicie zanurzyłam się w macierzyństwo i prowadzenie domu.

Klinika męża szła dobrze. Rodzice pomogli mu ze startowym kapitałem i, zaczynając od jednego miejsca pracy, po dziesięciu latach Aleksander wykupił przestronne czteropokojowe mieszkanie, przerabiając je na pełnoprawną klinikę ze wszystkimi stomatologicznymi usługami. Czasami zazdrościłam jego zawodowej działalności i kilka razy poruszyłam temat pracy w klinice, ale mąż znowu nalegał, abym została w domu, choć formalnie zatrudnił mnie na stanowisku terapeuty stomatologicznego, aby naliczał się staż. Tak oto „pracowałam” jako lekarz.

W kwestii materialnej nie mieliśmy problemów, klinika przynosiła bardzo dobre dochody, nie musieliśmy oszczędzać do wypłaty. Dzieci rosły, cieszyły, relacje z mężem również były wspaniałe, nic nie zapowiadało nadchodzących burzliwych zmian.

Władek i Zosia już studiowali, zbliżały się obrony ich prac dyplomowych, i oto pewnego dnia córka przyprowadziła koleżankę z roku, pisały wspólny dyplom i potrzebowały się pouczyć w domu. Anastazja, tak miała na imię jej koleżanka, bardzo sympatyczna dziewczyna, ale nigdy bym nie przypuszczała, że mój mąż zwróci na nią uwagę. Jednakże, przypadkowe komplementy męża dla Anastazji przerodziły się w jawne oznaki zainteresowania, a po dwóch miesiącach, zaraz po obronie dyplomów, mąż oświadczył mi, że się zakochał w tej dziewczynie i ona też go kocha, więc – rozwód.

Gdy usłyszałam o jego decyzji, od razu przypomniałam sobie przysłowie o siwiznie i żebie i pomyślałam, że to tylko przypływ emocji, czyż mężczyzna, który wkrótce skończy pięćdziesiąt lat, ożeni się z dwudziestodwuletn

ią dziewczyną? Ale mąż był zdeterminowany – złożył pozew o rozwód i poprosił mnie, abym zwolniła mieszkanie dla nowej właścicielki. Gdzie będę mieszkać, go zupełnie nie interesowało, a roszczenia o podział nieruchomości nie wchodziły w grę, gdyż mieszkanie należało do męża. Jako „bonus” dał mi pięcioletni samochód, i to wszystko, oprócz rzeczy osobistych, które zabrałam ze sobą po tylu latach wspólnego życia pod jednym dachem.

Teraz pracuję jako magister farmacji w aptece. Pensja nie cieszy, ale nie mam wyboru. Nikt nie chce mnie zatrudnić jako lekarza, a mąż po rozwodzie zwolnił mnie ze swojej kliniki, mówiąc, że powinnam być wdzięczna za prawie dwadzieścia lat stażu… Cóż, dziękuję za to.

Układam życie na nowo w maleńkim studio, które udało mi się kupić, sprzedając samochód. Najbardziej boli mnie, że dzieci, które początkowo mnie wspierały, teraz przeszły na stronę ojca. Obiecał im mieszkania i inne dobra, a ja nie mogę dać nic więcej niż skromne poczęstunki przy herbacie. Dobrze, że chociaż od czasu do czasu dzwonią i składają życzenia świąteczne.

Ciekawe byłoby zobaczyć, jak teraz komunikują się Zosia i Anastazja jako pasierbica i macocha…

Takie mam teraz smutne ciągi dalsze mojej biografii…