Moja przyjaciółka powiedziała, że wytrzyma ze swoją synową jeszcze maksymalnie miesiąc

Ostatnio spotkałam starą znajomą i zdziwił mnie jej zdenerwowany wygląd. Zwykle zawsze spokojna, Elżbieta podczas rozmowy wyraźnie demonstrowała nerwowość i irytację. Znamy się od dawna, więc nie owijałam w bawełnę i zapytałam prosto z mostu:

– Elżbieta, co się z tobą dzieje, opowiedz!

Przyjaciółka westchnęła głęboko i machnęła ręką:

– Dobrze, choć to nie najlepsze – wywlekanie brudów na światło dzienne, ale ci powiem!

Usiadłyśmy przy stoliku w kawiarni, i opowiedziała mi o przyczynach swojego nastroju. W zasadzie nie byłam zaskoczona – wieczny problem współżycia teściowej i synowej.

Elżbieta, odkąd pamiętam, zawsze miała wysokie wymagania co do czystości w domu, w jej mieszkaniu wszystko było idealne, ani grama kurzu, wszystko na swoim miejscu, kuchnia to sterylność godna sali operacyjnej, słowem – nie można było się do niczego przyczepić.

Po ślubie syna w królestwie czystości mojej przyjaciółki nastąpiło „zagęszczenie” – pojawiła się synowa. Młodej parze brakowało pieniędzy na wynajem, żeby jeszcze odkładać na pierwszą wpłatę na własne mieszkanie, więc postanowili na razie zamieszkać u Elżbiety.

Ona, choć bez wielkiego entuzjazmu, zgodziła się. Pewien czas wszystko było w miarę normalne. Synowa starała się utrzymać ustalony porządek w domu, ale ponieważ „standardy” były wysokie, szybko jej się to znudziło – ciągłe wycieranie kurzu, sprzątanie i wszystko to, do czego przyzwyczaiła się i bez czego nie mogła się obejść teściowa.

Jak zwykle, wszystko zaczęło się od drobiazgów – źle postawione buty (a do tego z brudnymi podeszwami!), szampon nie na swoim miejscu, ręcznik nie na odpowiednim haczyku itd. Najbardziej „krytycznym” miejscem do utrzymania porządku była oczywiście kuchnia. Jeśli do innych „wpadek” synowej Elżbieta odnosiła się, zaciśniętym sercem, bez emocjonalnych uwag, to na widok niewymytych po kolacji talerzy w zlewie już nie mogła się powstrzymać, jak i po zostawionej „na później” kuchence oblanych barszczem.

Między dwiema kobietami zaczęły się stałe kłótnie, atmosfera w domu stała się napięta do granic możliwości, ale moja przyjaciółka wciąż powstrzymywała się od ultymatywnych żądań wobec synowej, mając nadzieję, że ta w końcu będzie starała się przestrzegać „reguł obcego klasztoru”.

Kolejna góra naczyń powróciła Elżbietę z pracy w szoku. Wpadła do pokoju młodej pary i wygarnęła wszystko, co myślała na ten temat. A kiedy rzuciła okiem po pokoju i zobaczyła prawie wszędzie warstwę kurzu, na której można było malować obrazy, postanowiła, że czas wszystko poukładać i ostrzegła syna i synową – jeśli będą nadal robić w mieszkaniu nieprzebrany bałagan i nie zamierzają

dbać o czystość, to powinni zacząć szukać wynajmowanego mieszkania, gdzie mogą robić, co chcą, o ile właściciele, oczywiście, ich nie wyrzucą.

Po tym Elżbieta poszła się przejść, ochłonąć i trochę zrobić zakupy w supermarkecie, gdzie się spotkałyśmy. Wygadawszy się, przyjaciółka wyraźnie się uspokoiła. Nie komentowałam jej historii, ale zgadzałam się z nią w stu procentach – każda rodzina powinna mieszkać osobno. W tym Elżbieta miała zdecydowanie rację.