Niektórzy nie rozwodzą się z powodu dzieci, a my – z powodu kotów: może to i na lepsze

Może teraz z mężem przechodzimy przez ten krytyczny okres w relacjach, jakie mają miejsce w każdej rodzinie. Tylko u nas jakoś zbyt się przeciągnął.

Po pięciu latach naszego wspólnego życia, mój mąż nagle wpadł na “klasykę”. W jego rozumieniu polegała ona na tym, że głowa rodziny zakłada koronę (w przenośni), kładzie się z nią na kanapie (nie uwiera?) i opanowuje “ślepą maszynopis” na pilocie do telewizora. Tak, zapomniałam, jeszcze – butelka piwa na stoliku obok, żeby nie biegać daleko. A żona – przynieś, podaj, przygotuj i nie przeszkadzaj.

Co przestawiło się w świadomości mojego mężczyzny nie wiem, ale jego leżenie przekracza wszelkie granice, nawet jeśli potrzebuję pomocy, nie rusza się z miejsca, w najlepszym przypadku obiecując to zrobić jutro, a kiedy jutrzejszy dzień staje się “dzisiaj”, po prostu macha ręką.

Kilka razy próbowałam wpłynąć na męża nie tylko siłą słowa, ale i fizycznie, raz nawet rozbiłam ten przeklęty pilot, po czym mąż ustawił swój ulubiony gadżet TV, klikając przyciskami na obudowie. Kiedy zrozumiał, że to zbyt pracochłonne – wstawać za każdym razem, by zmienić program, przeklął i poszedł do najbliższego baru “zrzucić stres”.

Doszło do tego, że zaczęłam omawiać sprawy rodzinne z przyjaciółkami i mamą. Jeśli przyjaciółki reagowały różnie, jedni współczuli, inni radzili rozwód, a jeszcze inni otwarcie cieszyli się z mojego nieszczęścia. Takie oto, swoiste testowanie, od razu pokazało, kto jest kim. Rozwód radziła mi też mama:

– Daj spokój, trzaśnij drzwiami i rozwiedź się, ile można? Znajdziesz sobie jeszcze takie szczęście! Dzięki Bogu, że dzieci nie narobiłaś, bo byś była zupełnie związana rękami i nogami!

W zasadzie mama miała rację, można było trzaśnąć drzwiami i znaleźć sobie kolejne szczęście, a dzieci, bez wątpienia, byłyby silnym czynnikiem zniechęcającym do podjęcia decyzji o rozwodzie. Dlaczego wciąż razem żyjemy, nie mówiłam ani przyjaciołom, ani mamie. Myślę, że po prostu by mnie wyśmiali.

A powód – nasze koty, Czucza i Kasia. Gdyby ich nie było, prawdopodobnie nawet byśmy się nie poznali. Zdarzyło się to w weterynarii, obie kotki przyniesiono na szczepienie, Czuczę – Włodzimierz, a Kasię – ja. Czucza “przeszła” dobrze, ale moja Kasia nie chciała dostać zastrzyku w kark i aktywnie się opierała na sąsiednim stole. Po tym, jak lekarz w końcu poradził sobie i wyszliśmy z kliniki, Włodzimierz poradził dawać kotce przed takimi procedurami trochę uspokajającego, żeby nie męczyć zwierzęcia i nie denerwować się z jej krzyków. Zaczęliśmy rozmawiać i

tak to poszło.

Po miesiącu znajomości przeprowadziłam się do Włodzimierza, oczywiście z Kasią, a jeszcze pół roku później wzięliśmy ślub.

Nasze koty od początku znalazły wspólny język, mimo że moja w końcu przyszła na obce terytorium. Czucza bardzo przyjaźnie przyjęła koleżankę i, obserwując je przez kilka dni z szczególną uwagą, uspokoiliśmy się – koty nie walczyły, wręcz przeciwnie, teraz im nie było nudno, gdy wychodziliśmy, słowem, nie sprawiały problemów. Wkrótce bardzo się do siebie przywiązały i chodziły po mieszkaniu jak dwa nierozłączne krople wody.

W tym okresie również między nami z Włodzimierzem była sama sielanka, a kotom, wydaje się, podobały się nasze relacje, sądząc po ich zachowaniu.

Gdy zaczęły się nasze nieporozumienia, czasem nerwy mi puszczały i wychodziłam popłakać się do kuchni. W takich momentach od razu pojawiała się Czucza, popychała mnie głową, ocierała się, mruczała i “namawiała”, bym nie była tak bardzo zasmucona. Dopiero zaczynałam się uspokajać i uśmiechać przez łzy, kotka też robiła zadowoloną minkę, siadała obok i, przylegając, kontynuowała mruczenie. Podobnie zachowywała się Kasia. Mąż, prawda, nie ronił łez jak ja, więc seans psychoterapii z mojej strony kotki był nieco inny, bardziej aktywny, jak to, że obrażasz gospodynię?

Tak czy inaczej, ale uspokajaliśmy się do kolejnego wybuchu emocji. Temat rozwodu czasem pojawiał się w naszych sprzeczkach z mężem, ale zawsze zatrzymywała nas myśl – a co z naszymi Czuczą i Kasią? Na pewno koty by się znudziły, a to zwykle bardzo źle wpływa na zdrowie zwierząt, więc z zaciśniętym sercem odkładaliśmy decydujący krok na później.

I oto – kolejna kłótnia. Dostałam dość kapiącego kranu i wypadającej gniazdka w kuchni. Wezwania do męża, by zajął się naprawą, nie przyniosły rezultatu, usłyszałam tradycyjne “kiedyś się tym zajmę”, nie nalegałam i powiedziałam, że wezwę elektryka i hydraulika.

Ta perspektywa jakoś podrażniła męża i już bardziej emocjonalnie odpowiedział:

– Powiedziałem, że się tym zajmę, po co ci dwóch facetów wzywać, tam i jednemu nie ma co robić!

Rzuciłam w odpowiedzi:

– W domu ani jednego nie ma, a tu nagle dwóch się zjawi! Dlaczego nie?

Słowo za słowo, wybuchła kłótnia. Gdy doszliśmy do punktu wrzenia, koty nagle zeskoczyły z fotela i znalazły się między nami. Czucza odwróciła się do mnie i machnęła łapą z wysuniętymi pazurami, a Kasia, zwinąwszy się, groźnie odsłoniła zęby w stronę Włodzimierza.

Widząc koty takie agresywne, nawet się zdezorientowaliśmy, a potem, stojąc jeszcze minutę, ale już milcząc, zrozumieliśmy, że próbują zatrzymać naszą kłótnię, ale już nie

kijem, a marchewką. Musieliśmy stonować emocje, uspokoić koty i dalej rozmawiać już bez negatywnych emocji.

Dyskutując o naszych relacjach, cały czas oglądaliśmy się na koty, a one siedziały obok, obserwując, jak będziemy się zachowywać…

Następnego dnia, to była sobota, mąż rano naprawił kran i przymocował gniazdko, ja przygotowałam na śniadanie jego ulubione serduszka, i trzeba było zobaczyć koty – chodziły jak zwycięzcy, z podniesionymi ogonami i na przemian ocierały się o nogi, to u mnie, to u męża.

Teraz atmosfera w rodzinie zaczyna się poprawiać. Do końca jeszcze nie jestem pewna, że wszystko wróci na swoje miejsce szybko, ale jeśli coś, koty pomogą…