– No jasne, po równo, moja pensja, twoja pensja…

Dziwnie, ale praca menedżera bankowego w naszym kraju jest znacznie lepiej płatna niż praca nauczyciela akademickiego z doktoratem. Zarabiam więcej niż mój mąż, naukowiec, kierownik katedry, pięć-siedem razy więcej.

Ale trzeba przyznać, że mężowi bardzo podobało się nie wysilać się zbytnio, pracować dla przyjemności, jednocześnie korzystając z dóbr życiowych, których nie można zapewnić na jego profesorską pensję. O żadnych dodatkowych pracach w komercyjnych uniwersytetach i akademiach, jak teraz głośno nazywane są instytucje o dość przeciętnym poziomie nauczania, nawet nie chciał słyszeć, choć propozycji było sporo, i to bardzo dobrych.

I wtedy przyszła mi myśl, dlaczego ja mam wydawać całą swoją pensję na nas oboje, otrzymując od męża mały „dodatek” materialny?

Do poważnej rozmowy, która miała miejsce ponad rok temu, przygotowywałam się nie jeden dzień, rozmyślając, co powiedzieć i jak podać moją decyzję przeciwko lenistwu i chciwości. Ktoś pomyśli, po co, można było po prostu się rozwieść. Odpowiadam – kocham swojego profesora, i nie jesteśmy już w tym wieku, by tracić relacje lewo i prawo. Mamy już prawie czterdzieści pięć lat, za nami cztery małżeństwa na dwoje, i nie chciałabym stracić tego, co w końcu się pojawiło.

Tak więc, wziąwszy dzień wolny w pracy, zrobiłam w domu generalne sprzątanie, przygotowałam wspaniałą kolację (mąż lubi dobrze zjeść), zrobiłam makijaż, wystroiłam się i czekałam na męża z pracy.

Przyszedł, najpierw zdziwił się moim wyglądem (nazwałabym mój strój „erotycznie przyciągającym”), potem – idealnym porządkiem, a gdy wszedł do jadalni, westchnął, widząc kulinarny przepych i zgrabny rząd napojów.

W ten sposób całkowicie uśpiłam czujność męża, nie spiesząc się, pozwoliłam mu jeszcze bardziej się zrelaksować. Wypiliśmy po kilka kieliszków koniaku, a po nich mąż sam zaczął temat, dla którego się tak starałam:

– Kochana, jesteś dziś niezrównaną gospodynią, już męczę się, przeglądając daty i wydarzenia, wydaje mi się, że niczego nie przeoczyłem, a tu taki obiad i wszystko inne…

Uśmiechnęłam się:

– Nie martw się, drogi, rzeczywiście niczego nie przeoczyłeś, po prostu chciałam cię zadowolić i powiedzieć, że teraz będziemy wspólnie zasilać nasz rodzinny budżet.

Mąż najpierw nie zrozumiał, o czym mówię:

– No tak, po równo, moja pensja, twoja pensja…

Po tych słowach do niego dotarło:

– Co chcesz przez to powiedzieć?

Kiwnęłam głową na potwierdzenie:

– Tak, dobrze myślisz. Mój wkład będzie dokładnie taki sam, jak twój. Zgódź się, niesprawiedliwe, że ja ciągnę cały wóz, zarabiam i ogarniam dom, a ty czytasz parę wykładów, które znasz na pamięć, i więcej nie chcesz się

ruszać. Ale jest rozwiązanie.

Mąż unosi brwi:

– Jakie jeszcze rozwiązanie, już tyle powiedziałaś, że głowa mała!

Kontynuowałam:

– Ty zajmujesz się domem i kuchnią, a ja dokładam do „skarbonki” rekompensatę za twoje trudy.

Takiego mojego Wiktora jeszcze nigdy nie widziałam. Został całkowicie zdezorientowany i niepewnie zapytał:

– Ty… będziesz płacić za moją pracę w domu?..

Znowu kiwnęłam głową na potwierdzenie:

– A co mam robić? Nie mogę przecież – wszystko, a ty – bardzo skromnie!

Chwilę mąż zastanawiał się, ważąc wszystkie „za” i „przeciw”, a potem z zapałem machnął ręką:

– Zgoda!

Ustaliliśmy kwoty „wpłat”, i następnego dnia zaczęło się u nas nowe życie. Mąż sumiennie dotrzymywał słowa, choć całe to nagle spadłe „dodatkowe obciążenie” zdecydowanie go nie cieszyło. Sprzątał, gotował, nie powiem, że świetnie, ale dało się jeść, i nie marudziłam.

Stopniowo Wiktor nabrał doświadczenia, i prace domowe zaczęły przychodzić mu znacznie łatwiej. Wywiązywaliśmy się z podjętych zobowiązań, nawet czasami pomagałam mężowi w kuchni lub, w zależności od nastroju, ze sprzątaniem.

Minęło pół roku. Wróciłam z pracy, a w domu czekała na mnie podobna niespodzianka, jaką ja zafundowałam mężowi, kiedy „dzieliłyśmy” pieniądze. Było jasne, że czeka nas interesująca rozmowa. Nie spieszyliśmy się z jej rozpoczęciem, ale znowu, pierwszy nie wytrzymał mąż:

– Mam do ciebie propozycję. Zatrudnijmy pomoc domową, bo już mam dość tych sprzątań i garnków.

Wzruszyłam ramionami:

– Dobry pomysł. A na czyj koszt będziemy ją realizować?

– Na mój. Dostałem honorarium za wykłady na prywatnej uczelni, będę tam egzaminować, umowa na trzy lata, więc na pomoc domową wystarczy.

To była zwycięstwo! Lód ruszył! Mąż nawet nie wspomniał mi o tym, że zaczął dorabiać, wszystko przemyślał, i nie można było odmówić jego propozycji. Zgodziłam się i zrobiłam mu komplement:

– Jesteś wspaniały! Oczywiście, że nie mam nic przeciwko. Pewnie już nawet wybrałeś kandydatkę na pomoc domową?

– Tak, nasza sprzątaczka, porządna kobieta, będzie przychodzić do nas dwa razy w tygodniu. A w pozostałe dni będę gotować ja, myślę, że moja kuchnia stała się już znacznie lepsza.

Wiktor nie chwalił się na próżno, nauczył się gotować naprawdę wyśmienicie. Jest pedantem i do wszystkiego podchodzi gruntownie, więc w naszej kuchni pojawiła się cała biblioteka kulinarna, a potrawy, którymi ostatnio częstował mnie mąż, stawały się coraz bardziej wyrafinowane. Dobrze się nauczył także serwować stół.

Nasza pomoc domowa okazała się sumienną kobietą. Porządek w domu utrzymywała profesjonalnie, nawet zdumiewałam się, jak Ludmiła zdążała w krótkim czasie wszystko zrobić, zarówno posprzątać, jak i

przygotować kolację.

A mąż nadal mnie zaskakiwał. Około miesiąca później zaprosił mnie do restauracji, mówiąc, że dostał pieniądze za „fuchę”. Tutaj trochę skromnie podał sprawę. „Fuchą” okazała się część dysertacji, Wiktor napisał ją na zlecenie dla jakiegoś kolegi, który nie bardzo chciał wgłębiać się w naukę.

W restauracji mój naukowy biznesmen przedstawił kolejną niespodziankę:

– Natalko, ciężko pracujemy, a teraz nad morzem po prostu raj! Kupiłem bilety, myślę, że musimy odpocząć!

Zaklaskałam rękoma:

– No nieźle! Oczywiście, że się zgadzam, ale pod jednym warunkiem…

Wiktor przestał się uśmiechać:

– Jakim?

– Cały program kulturalny na wakacjach – na mój koszt, ty i tak zrobiłeś więcej niż wystarczająco.

Mąż rozpromienił się:

– Umowa stoi! I – dziękuję ci, że mnie wtedy zmotywowałaś, naprawdę za długo siedziałem na tej katedrze!

Wiktor galantnie pocałował mnie w rękę i zaprosił do tańca – w sali zabrzmiał mój ulubiony saksofon…