Postanowiłam przetestować narzeczonego, a teraz nie wiem, jak mu powiedzieć prawdę…

Wychowywałam się bez ojca. Obok była mama i babcia, które stały się dla mnie wzorem tego, jak kobieta powinna się zachowywać – nie załamywać się przy niepowodzeniach, dążyć do rozwiązywania swoich spraw samodzielnie i nie liczyć na nikogo innego. Wszystkie te cechy zapadły mi w głowę od najmłodszych lat, i zarówno w przedszkolu, jak i w szkole, i na uniwersytecie zawsze potrafiłam osiągnąć swoje cele i nigdy się nie poddawałam, dążąc do celu.

Po uzyskaniu dyplomu postawiłam sobie cel – kupić mieszkanie. Zgódź się, dla młodego specjalisty, który dopiero rozpoczyna pracę zawodową, to dość ambitne zadanie, tym bardziej, że w wieku, w którym byłam, najwyższy czas dużo się bawić, rozerwać i odpoczywać na własną rękę. Ale ja uparcie odkładałam grosz do grosza, w wakacje brałam dodatkową pracę, i oto rezultat – w wieku dwudziestu siedmiu lat stałam się właścicielką własnego mieszkania o ulepszonej konfiguracji. To była prawdziwa wygrana, i mogłam się zrelaksować, co też zrobiłam. Moje życie osobiste stało się bardzo aktywne, tylko mężczyźni, z którymi się spotykałam, z jakiegoś powodu bardziej interesowali się moim mieszkaniem, a nie mną, po krótkim okresie spotkań zaczynali interesować się perspektywami stania się współwłaścicielami. Po takim ich zainteresowaniu spotkania kończyły się, mówiłam im wprost, że kocham moje mieszkanie bardziej i wyrzucałam ich za drzwi.

A potem poznaliśmy się z Maciejem. Spodobał mi się nie tylko z wyglądu, ale także jego charakterem – spokojny, nie chciwy, pracowity (pracował na półtora etatu), uważny.

Ale punkt z mieszkaniem mocno siedział mi w głowie, i postanowiłam nie mówić mojemu nowemu wybrankowi, że mieszkanie jest moje, powiedziałam, że wynajmuję, i to za całkiem pokaźne pieniądze.

Maciej, dowiedziawszy się o tym, wzruszył ramionami:

– Nic nie szkodzi, zarobimy na swoje, a póki co będę opłacał połowę czynszu, żeby można było odkładać na pierwszą wpłatę. Nie masz nic przeciwko?

Przytaknęłam zgodnie, i w takiej finansowej konfiguracji spędziliśmy dwa lata. W tym czasie będąc w związku na kształt małżeństwa dobrze się poznaliśmy, zrozumieliśmy, że potrafimy nie tylko kochać się, ale i prowadzić wspólne gospodarstwo domowe, nie sprawiając sobie przy tym problemów.

Maciej sumiennie przekazywał mi pieniądze na kartę, oprócz tego odkładał na nasze przyszłe mieszkanie i na ślub, jako mężczyzna zachowywał się bardzo odpowiedzialnie i obowiązkowo. Ja, głupio, choć też robiłam pewne oszczędności, ale zrelaksowałam się przy szerokich plecach mężczyzny, i mój wkład w mieszkanie byłby bardzo niewielki. I oto – zaręczyny, Maciej daje mi pierścionek, robi

oświadczyny i mówi, że w zasadzie, są pieniądze, i na ślub, i na zaliczkę na kredyt hipoteczny. Dodał, że jeśli dołożę do tego wpłaty kwotę ze swojego depozytu, byłoby bardzo dobrze, ale jeśli nie, to też nic.

I znalazłam się w ślepej uliczce. Mój narzeczony zachował się bardzo honorowo, nie wymagając ode mnie w ogóle niczego, a przez te dwa lata przekazywał pieniądze na „czynsz”, które ja w większości wydałam, a ja wciąż nie powiedziałam mu, że mieszkanie już jest, i jest od czego się odbić. Co teraz robić, nawet nie wiem. Rady mamy mnie nie satysfakcjonują, ona proponuje wynająć mieszkanie lokatorom i kontynuować grę w kotka i myszkę z Maciejem, otrzymując solidne wsparcie z wynajmu, aby być absolutnie niezależną finansowo.

Oczywiście, taka niezależność to bardzo dobrze, tylko kłamstwo prędzej czy później wyjdzie na jaw, i co ja wtedy zrobię? Prawdopodobnie ciągłe rozmyślania na ten temat zostawiły pewien ślad, ponieważ narzeczony od czasu do czasu pyta, dlaczego stałam się taka zamyślona i poważna, przecież wszystko jest dobrze – przed nami ślub, zakup mieszkania, najbardziej różowe perspektywy itd.

Jak mam mu powiedzieć prawdę? Szczerze mówiąc, po prostu boję się, że Maciej zareaguje emocjonalnie i po prostu mnie zostawi, a tego chcę najmniej. Muszę zebrać siły i “poddawać się” na łaskę zwycięzcy, mam nadzieję, że mój ukochany mnie wybaczy.