– Saszka, czy myślisz, że Daniel nie jest twoim synem?

Mamy dwóch wspaniałych chłopców, mój mąż i ja nawet nie szukamy sobie na weekend żadnych rozrywek ani nie staramy się odpocząć w ciszy i spokoju, ponieważ najciekawsze dla nas i najbardziej pożądany odpoczynek to zajmowanie się czymś z dziećmi.

Zazwyczaj wyjeżdżamy za miasto, jeśli jest taka możliwość, staramy się organizować małe dwudniowe wycieczki dalej, aby po powrocie przejrzeć zdjęcia, filmiki, przypomnieć sobie miejsca, które odwiedziliśmy, wymienić się wrażeniami i planami na przyszłość.

Ale nie zawsze tak było. Pamiętam, jak urodziłam naszego pierwszego syna, Mikołaja. Mąż czuwał całą noc pod oknami szpitala, a było to zimą, w czasie mrozów świętego Mikołaja, ale nasz tata dzielnie przetrwał to wyzwanie, aby dowiedzieć się o synu w pierwszych minutach po narodzinach dziecka. Jak się cieszył, gdy starsza pielęgniarka zmiłowała się i wpuściła go na oddział dziecięcy (wtedy noworodki leżały osobno od matek), jak z zapartym tchem po raz pierwszy wziął na ręce ten mały cenny kłębek szczęścia.

I później, po wyjściu ze szpitala, chyba nie było na świecie szczęśliwszego taty niż mój mąż, cały swój wolny czas spędzał z synem, uczył go trzymać główkę, przewracać się, siadać – słowem, nie tata, a prawdziwy bohater! A Mikołaj odpłacał mu tym samym, bardziej ciągnął do ojca niż do mnie, czasami nawet było mi przykro, „przebiegłam” dziewięć miesięcy, wytrzymałam bóle porodu, a tu proszę – dziecko bardziej potrzebuje tatusia! A mąż jeszcze żartował, że gdyby miał piersi, to mama w ogóle by nie była potrzebna.

Gdy Mikołajowi było półtora roku, znowu zaszłam w ciążę. Wszystko było już rutyną i znajome, jeszcze nie zapomniane, jak u tych, którzy rodzą po ośmiu-dziesięciu latach. Nawet w sali porodowej „odstrzeliłam się” na piątkę, według słów lekarza, który przyjmował poród. Ale z tatą mieliśmy problemy.

Na wyjściu ze szpitala, biorąc od mnie młodszego syna, Daniela, mąż otworzył kopertę, ale na jego twarzy zamiast tego blasku, który pamiętałam od pierwszego dziecka, przemknął cień. Na szczęście, tata opanował emocje, uśmiechnął się, pokazał Daniela spotykającym nas krewnym i pojechaliśmy do domu.

Moje obserwacje się potwierdziły. Mąż podchodził do kołyski, ale nie bawił się z niemowlęciem, jak wcześniej, tylko przyglądał mu się uważnie, badając, jakby widział go po raz pierwszy.

Po miesiącu takich „badań” zapytałam:

– Saszka, czy myślisz, że Daniel nie jest twoim synem?

I trafiłam w sedno! Mąż się zmieszał i niewyraźnie odpowiedział:

– Wiesz, on w ogóle na mnie nie jest podobny…

Zapytałam, co teraz zrobić, jeśli dziecko nie jest do niego podobne, na co mąż

wzruszył ramionami:

– Nie wiem… Nie chcę robić badań, wstyd…

A mnie było wstyd za niego, nie było żadnych przesłanek, by syn urodził się nie od męża, ale z jakiegoś powodu mąż wbił sobie to do głowy i nie mógł się z tym rozstać.

Po kolejnym miesiącu zaproponowałam mu, aby jednak zrobił badanie DNA i uspokoił się, choć sama ta, przyznajcie, poniżająca ekspertyza byłaby dla mnie niezwykle nieprzyjemna, gdyby mąż się zgodził, prawdopodobnie nasze relacje pękłyby, i nie wiem, jak bardzo.

Ale, dzięki Bogu, mój Aleksander przemyślał sprawę i pokonał siebie, ale całkowicie uspokoił się dopiero, gdy Daniel skończył pół roku, zaczął raczkować i, jak starszy brat, ciągnął do taty. Mąż sercem się ocieplił i stał się tym prawdziwym tatą, którego znałam z Mikołajem.

Tak więc, podejrzenia męża rozwiały się bez śladu, a teraz nawet nie powiem, z którym z synów więcej się zajmuje, chyba jednak z Danielem, przecież on młodszy!