– Tutaj mieszka moja mama, ale nie mogę jej w ogóle zastać w domu. Dziś pewnie znowu jej nie ma. Nie wiecie, gdzie ona jest?

Po rozwodzie nie mogłam rozwiązać problemu z własnym mieszkaniem, przez siedem lat przemieszczałam się między wynajmowanymi mieszkaniami. Sytuacje były różne, średnio mieszkałam w jednym miejscu około półtora roku, a potem albo właściciele mieli jakieś problemy i prosili mnie o wyjście, albo podnosili czynsz do astronomicznych rozmiarów, i musiałam szukać innych opcji, albo działo się coś jeszcze, ale rezultat był zawsze ten sam – z rzeczami na wyjście.

W ostatnim mieszkaniu, w którym mieszkałam, zatrzymałam się na dłużej, mieszkałam tam już ponad dwa lata, kiedy wydarzyła się historia, która zmieniła moje dość spokojne życie, wreszcie poukładane po rozwodzie.

Z mężem rozstaliśmy się z powodu mojej bezpłodności. On, tak jak ja, chciał dzieci, ale lekarze powiedzieli stanowcze „nie”, a mój mąż nie chciał adoptować dziecka z domu dziecka czy sierocińca.

Po rozwodzie rzadko się komunikowaliśmy, zazwyczaj składaliśmy sobie życzenia noworoczne i urodzinowe. Wiedziałam, że Marcin ożenił się ponownie, ale nigdy nie widziałam jego wybranki.

Tego dnia wróciłam z pracy wcześniej – w biurze coś robili z instalacją elektryczną, i dyrektor zwolnił nas zaraz po lunchu, ponieważ ciągłe włączanie i wyłączanie komputerów nie miało sensu.

Wchodząc na piętro, zobaczyłam, że do sąsiedniego mieszkania dzwoni pięcioletnia dziewczynka. Dzwonek odbijał się echem w pustce, ale dziewczynka uparcie naciskała przycisk i pukała pięścią w drzwi. Wiedziałam, że w tym mieszkaniu dawno nikt nie mieszka, i zapytałam ją, do kogo przyszła.

Dziewczynka odwróciła się do mnie i poważnie odpowiedziała:

– Tutaj mieszka moja mama, ale nie mogę jej w ogóle zastać w domu. Dziś pewnie znowu jej nie ma. Nie wiecie, gdzie ona jest?

Zaskoczona wzruszyłam ramionami:

– Nie wiem…

A dziewczynka westchnęła i powiedziała:

– Dobrze, pójdę. Jeśli mama wróci, powiedzcie, żeby na mnie poczekała, dobrze?

Kiwnęłam głową i spojrzałam za samodzielną rozmówczynią. Wchodząc do mieszkania, zadzwoniłam do właścicielki i opowiedziałam jej o dziwnej gościnie. Halina zorientowała się od razu:

– To Natalia, znowu uciekła od ojca, szuka matki. Jej matka zginęła w wypadku, dziewczynka o tym nie wie i chodzi do ich starego mieszkania w nadziei, że znajdzie matkę… Dam ci telefon jej ojca, na wszelki wypadek, jeśli przyjdzie, lepiej zadzwoń do niego, żeby przyszedł po nią, nigdy nie wiadomo, co może się po drodze wydarzyć.

Właścicielka mieszkania zaczęła dyktować numer telefonu, a z każdą kolejną cyfrą miałam wrażenie, że znam ten numer, ale nie mogłam sobie przypomnieć, czyj jest. Wprowadzając ostatnią cyfrę, telefon pod

powiedział mi – na ekranie wyświetliło się: „Marcin”. Zobaczywszy to, omal nie wypadł mi z rąk gadżet – to był numer mojego byłego męża!

W głowie kłębiło się mnóstwo pytań, a najważniejsze – czy sam wychowuje córkę, czy znalazł jej „mamę”? Logicznie myślałam raczej o pierwszej opcji, ale nie wykluczałam drugiej, kto wie, może macocha krzywdzi swoją małą pasierbicę, która chce odnaleźć biologiczną matkę. Nocą spałam źle, cały czas myślałam o córce męża i o nim samym. Po rozwodzie nie żywiłam do Marcina żalu, rozumiejąc przyczynę naszego rozstania…

Następnego dnia historia się powtórzyła – pracując do południa, wróciłam do domu i znowu zobaczyłam dziewczynkę przy sąsiednim mieszkaniu. Powitała mnie jak starą znajomą:

– Cześć! No i co, mama nie przyszła?

Pokręciłam głową:

– Nie, nie przyszła… A jak masz na imię?

– Natalia!

– Chodź, Natalia, do mnie, poczęstuję cię herbatą z ciasteczkami, a także poznasz mojego kota. Chcesz?

Natalia przytaknęła głową, a wkrótce już siedziała w mojej kuchni i głaskała Dusię – dymnego perskiego kota. Nalałam herbaty do filiżanek i, gdy ta stygła, wyszłam zadzwonić do Marcina. Odebrał od razu, ale powiedział, że oddzwoni, bo bardzo się spieszy. Rozumiałam, dokąd się spieszy, i odpowiedziałam:

– Natalia jest u mnie, to mieszkanie obok.

Po dziesięciu minutach Marcin zadzwonił do moich drzwi. Natalia, widząc ojca, pobiegła mu opowiadać o Dusi i o mnie, a on, biorąc ją na ręce, zbeształ:

– Czemu znów uciekłaś, przecież prosiłem cię!

Córka westchnęła:

– Szukałam mamy…

Słysząc te słowa, w oczach pojawiły się łzy, a serce zaczęło boleć. Marcin początkowo nie zgadzał się zostać na herbatę, musiałam go szantażować przez Natalię, dziewczynka pobiegła do stołu dojadać ciasteczko i ciasto, którymi ją poczęstowałam. Marcinowi nic innego nie pozostało, jak do nas dołączyć.

Gdy Natalia skończyła deser, Dusia, jakby czując, że ja i Marcin potrzebujemy porozmawiać, zeskoczyła z kąta i poszła do pokoju, oglądając się za Natalią. Dziewczynka zaśmiała się:

– Chce, żebym z nią się pobawiła! Mogę?

Uśmiechnęłam się:

– Oczywiście, pobawcie się!

Wymieniliśmy kilka zdań, atmosfera była dość napięta, ale prawdopodobnie myśleliśmy o tym samym. Aby jakoś pomóc Marcinowi, zdecydowałam się ponownie użyć kota:

– Nie masz nic przeciwko temu, żeby Natalia czasami bawiła się z Dusią?

Marcin, rozumiejąc, co mam na myśli, odpowiedział:

– Nie, oczywiście…

I rozwinął temat:

– Jutro mam w pracy awaryjną sytuację, może zabierzesz Natalię z przedszkola, a ja wpadnę wieczorem?

Tak nasze stosunki z byłym mężem znów się odnowiły

. Po kilku miesiącach, kiedy Natalia przywykła do mnie, zapytałam ją:

– Chcesz, żebym była twoją mamą?

Dziewczynka nieufnie na mnie spojrzała, a potem rzuciła mi się na szyję:

– Oczywiście, że chcę! Będę cię kochać!

Zarzuciłam, a szeptem powiedziałam jej do ucha:

– I ja cię będę bardzo kochać, moja dziewczynko…