Wplątany w trudną sytuację, zrozumiałem, jak trudno jest usiedzieć na dwóch krzesłach…

Spotykałem się z Justyną przez ponad rok.

Wszystko wydawało się iść dobrze, ale nagle moja dziewczyna zaczęła wyraźnie unikać kontaktu, wymyślając różne powody, to źle się czuła, to musiała odwiedzić rodziców, to przyjechała dawno niewidziana przyjaciółka – mnóstwo pretekstów, które, gdyby chcieć, można było łatwo wymyślić. Ostatecznie nie zerwaliśmy ze sobą definitywnie, spotykaliśmy się i udawaliśmy, że wszystko jest w porządku, ale była to dość sztuczna gra. Studiowaliśmy na różnych uczelniach, ale studenckie środowisko jest bardzo ciasne, i wkrótce dowiedziałem się, że Justyna spotyka się też z innym chłopakiem. Więc zaprosiłem ją do kawiarni i po prostu zaproponowałem, żebyśmy się rozeszli. Dziewczyna zgodziła się, i wyraźnie z ulgą kiwnęła głową:

– Zgoda!

Rozstaliśmy się bez skandali, nawet pocałowaliśmy się na pożegnanie. Jakiś czas byłem sam, a potem na nasz wydział przeszła Kinga, i od razu pomyślałem, że z nią coś może się udać. Już od pierwszych prób zalotów do Kingi zrozumiałem, że również jej nie jestem obojętny, i wszystko zaczęło się dynamicznie kręcić. Już po miesiącu przyjmowałem Kingę u siebie na nocleg, czasami bywałem u niej w domu, nasi rodzice traktowali to normalnie, a my byliśmy zadowoleni, że nie musimy się chować po kątach, aby porozmawiać sam na sam, jak dorośli chłopak i dziewczyna. Coraz bardziej się sobą zajmowaliśmy i na horyzoncie majaczyła znana wszystkim skrót – USC.

I wtedy, pewnego pięknego dnia, gdy właśnie szykowałem się na wykład, zadzwonił telefon. Dzwoniła Justyna, była na utrzymaniu, w czwartym miesiącu ciąży i prosiła o pomoc z lekami, ponieważ oprócz mnie nie miała w mieście bliskich.

Oczywiście, pobiegłem do szpitala, zaopatrzyłem ją we wszystko, co potrzebne i, naturalnie, zapytałem:

– A kto jest ojcem?

Justyna zdziwionym wzrokiem podniosła na mnie oczy:

– Jak myślisz? Poza tobą nikomu.

Zapytałem o jej relacje z Tomaszem, tym chłopakiem, z którym spotykała się równocześnie ze mną, ale Justyna machnęła ręką:

– Nie, z nim to co najwyżej kilka razy za rękę poszliśmy…

Wiadomość, że dziewczyna nosi moje dziecko, oczywiście mnie wstrząsnęła, jak również fakt, że i tak zamierzała urodzić. Na moje retoryczne pytanie „co robić?” Justyna wzruszyła ramionami:

– Zdecyduj sam, ciągnąć za rękaw do USC nie będę…

Tego samego dnia opowiedziałem o ciąży Justyny Kindze. Podjęła się tego bardziej praktycznie:

– A jesteś pewien, że dziecko jest twoje, minęło tyle czasu, a w to, że ona z kimś „tylko za rękę” chodziła, trudno mi uwierzyć! Musisz to sprawdzić na sto procent, są na to specjalne badania, oddaj to, co od ciebie potrzebne i

niech wezmą materiał z płodu. To kosztuje sporo, ale wydaje mi się, że trzeba postawić wszystkie kropki nad i!

Odpowiedziałem, że się zastanowię, i oto już trzeci dzień rozmyślam. Z jednej strony Kinga ma rację, wierzyć na słowo w takich sprawach nie warto, a z drugiej strony, jeśli eksperci potwierdzą, że jestem ojcem dziecka, po prostu zarejestrować związek tylko z powodu formalności też jakoś nie po ludzku, choć dziecko, jeśli jest moje, zostawić bez opieki byłoby niewłaściwe. Ponadto, Kinga bardzo mi się podoba i właśnie jej chciałbym widzieć jako moją żonę, tylko nie sądzę, że będzie zachwycona, gdy będę wspierał inną dziewczynę i swoje dziecko.

Oto taka skomplikowana sytuacja się wytworzyła. A przecież trzeba coś zdecydować, i to jak najszybciej…