Dla męża jestem tylko służącą

Pracuję od rana do wieczora. A gdy tylko wracam do domu, zaczyna się druga zmiana. Tyle że za domowe prace wynagrodzenia nie ma. Do tego mnóstwo pretensji ze strony męża. Źle ugotowałam, źle postawiłam, źle koszulę wyprasowałam.

Krótko mówiąc, stałam się niewolnicą własnego męża. Przed ślubem byłam bizneswoman, a teraz utknęłam w rutynie i całkowicie o sobie zapomniałam.

Mąż nie chce mi pomagać w domu. W ogóle nie jest przystosowany do samodzielnego życia. Nawet nie wie, jak włączyć pralkę. Gdyby mnie nie było, dawno by mieszkanie zamienił w melinę.

Postanowiłam go nauczyć i przestałam gotować. Ale mój plan się nie powiódł — przestał mi dawać pieniądze i przepuścił wszystko w restauracji. Widzicie, tylko biedacy jedzą w stołówce. On zajmuje kierownicze stanowisko, więc nie może jeść tam, gdzie zwykli menedżerowie. Jak wam się podoba taka logika?

Podgrzane jedzenie mąż zasady nie je. Codziennie muszę gotować śniadanie, obiad i kolację. Jeśli mu coś nie zasmakuje, może wszystko wyrzucić i zmusić mnie do przygotowania czegoś innego. A ja to cicho znoszę.

Chciałam się rozwieść, ale mama mówi, że takimi mężczyznami się nie rozrzuca. Uważa, że za dużo chcę. I w ogóle żona ma obowiązek dogadzać i służyć mężowi. Czy to prawda?

Mąż nawet zakupów zrobić nie potrafi. Wszystko taszczę sama, podczas gdy on odpoczywa przed telewizorem.

Pewnie sama jestem sobie winna, bo pozwoliłam na takie traktowanie. Nie mamy dzieci, więc można się rozwieść bez konsekwencji. Czy warto słuchać mamę i zachować małżeństwo? Co myślicie?