Dwa lata temu wyszłam za mąż i przeprowadziłam się do domu mojego męża. Wtedy byłam szczęśliwa, że zamieniłam swoją małą, ciasną kawalerkę na duży dom na przedmieściach w ekskluzywnej dzielnicy. Jak bardzo się myliłam

Na początku naszego małżeństwa mieszkali z nami rodzice męża, więc wszystkie obowiązki domowe dzieliły się między dwie gospodynie. Oczywiście, miałam więcej pracy w porównaniu z moim poprzednim mieszkaniem, ale Maria mi we wszystkim pomagała, więc nie było aż tak ciężko. Jednak wkrótce teściowie się wyprowadzili i w pełni odczułam wszystkie „uroki” życia gospodyni dużego domu…

Kiedy mówię komuś, że z mężem mieszkamy w domu, wszyscy myślą, że się chwalę i że mamy szczęście. Ludzie wyobrażają sobie tylko pozytywne strony: własny ogród, możliwość grillowania i relaksu na świeżym powietrzu każdego dnia. Wszyscy myślą, że moje życie to bajka i nikt nie zastanawia się, ile to pracy – dbać o podwórko i utrzymywać dwupiętrowy dom w czystości!

Kiedy się tu przeprowadzałam, oczywiście wiedziałam, że będę miała więcej pracy domowej, ale miałam nadzieję, że plusy przewyższą minusy i że przyzwyczaję się do nowych warunków. Jak bardzo się myliłam! Nawet jeśli przymknąć oko na drobne niedociągnięcia (plamy na dywanie i kanapie, kurz na żyrandolach itp.), żeby zrobić tylko powierzchowne sprzątanie dwóch pięter, zajmuje mi to cały dzień. Jeśli robię generalne porządki, potrzebuję dwóch dni, i to bez mycia okien i sanitariatów…

Żeby dom nie zamienił się w chlew, staram się ścierać kurz, zamiatać i myć podłogi co trzy dni, po czym czuję się jak wyciśnięta cytryna. Oprócz tego muszę jeszcze pracować i trochę pomagać mężowi na podwórku… Czuję, że długo nie wytrzymam w takim tempie.

Takie życie już mi się znudziło! Nie chcę tu ani zwierząt domowych (wcześniej w domu mieszkały dwa psy i kot, ale teściowie je zabrali), ani nie myślę o dzieciach. Bo jeśli ktoś się pojawi, to pracy domowej będzie jeszcze więcej…

Mąż też nie siedzi bezczynnie, ciągle coś naprawia w domu, ale większość czasu spędza w pracy, więc codzienność nie dokucza mu tak bardzo jak mnie. Prosiłam go, żeby zatrudnił pomoc domową, mówiłam, że sama nie daję rady, ale on twierdzi, że to kwestia przyzwyczajenia i że z czasem „wejdę w rytm”. Z zasady nie chce wpuszczać nikogo obcego na nasz teren. Uważa, że skoro jego mama kiedyś radziła sobie z domem, to ja też powinnam.

W sumie, nie wiem już, co robić. Zazdroszczę ludziom, którzy mieszkają w małych mieszkaniach. Chętnie bym się przeprowadziła, ale mąż stanowczo się sprzeciwia. Czy naprawdę nie ma innego wyjścia poza rozwodem? Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń do naszego małżeństwa.