— Dzwonię, dzwonię, już myślałam, że wychodzę! (trudno było w to uwierzyć) Może nie przyszłam w odpowiednim momencie albo nie cieszysz się z mojej wizyty?

W zasadzie o tym, że relacje między teściową a synową często bywają bardzo specyficzne, słyszałam zanim jeszcze pojawiła się ta wspaniała krewna w moim życiu. Dlatego starałam się nastawić na pozytywną i normalną atmosferę w kontaktach z mamą mojego męża.

Kiedy poznałam bliżej Krystynę, zauważyłam, że przy wszystkich swoich pozytywnych cechach ma też jedną, na którą muszę uważać. Moja teściowa zawsze doszukiwała się ukrytego podtekstu w słowach rozmówcy, a jak mówi przysłowie – kto szuka, ten znajdzie. I Krystyna bez problemu znajdowała, zapamiętywała, ale nie wyjawiała od razu. Czekała na odpowiedni moment, żeby rzucić wyrzut – pamiętasz, jak kiedyś mi powiedziałaś? Często zapominałam, o czym wtedy rozmawiałyśmy, ale wyrwane z kontekstu słowa brzmiały jak akt oskarżenia. Musiałam się wtedy tłumaczyć i uspokajać teściową. A ona tylko tego potrzebowała – łaskawie machała ręką: „Daj spokój, już o tym zapomniałam…” Słysząc tę „amnestię” z ust Krystyny, aż chciało się śmiać i zadać pytanie, po co w ogóle to przypominała? Ale dyplomatycznie przyjmowałam jej łaskę, czekając na kolejne „Pamiętasz, jak mi powiedziałaś?”.

Stopniowo nauczyłam się rozmawiać z teściową tak, żeby nie miała do czego się przyczepić. Taka dyplomacja zajęła mi kilka lat. Kiedy już się nauczyłam, Krystyna zaczęła się nudzić. Nie miała czego wspominać, a tym samym nie miała za co mi wybaczać. Jej „represyjna machina” stała bezczynnie.

Należy przyznać, że teściowa była pomysłowa. Zaczęła zapamiętywać nie tekst, a działania, albo doszukiwać się w nich ukrytego sensu w odniesieniu do siebie. Ostatni epizod wyprowadził z równowagi wszystkich – mnie, męża, a Krystyna nakręciła się do tego stopnia, że omal nie dostała zawału, przynajmniej według jej słów.

Żeby lepiej zrozumieć sytuację, opowiem o jeszcze jednej nawyku teściowej. Uwielbiała niespodziewane wizyty. Potrafiła zjawiać się nagle, jak grom z jasnego nieba. Raz spotkałam ją podczas farbowania włosów i nie wiedziałam, co robić – rozmawiać z drogą gościnią ryzykując nieokreślony kolor fryzury, czy dokończyć proces farbowania. Innym razem musiałam wyskakiwać z wanny, bo mama męża nie tylko dzwoniła do drzwi, ale i zaczęła w nie walić, budząc sąsiadów.

I oto kolejna wizyta Krystyny. Dopiero co przyprowadziłam z przedszkola nasze dziewczynki, trzyletnią Małgosię i dwuletnią Anię, i usadziłam je do kolacji. Dziewczynki były w hulaszczym nastroju, a przy stole zaczęła się „bitwa” na kaszę. W momencie, gdy próbowałam je uspokoić i łapałam lecące grudki kaszy, zadzwonił dzwonek. Po uporczywych dzwonieniach zrozumiałam, że to teściowa. Uspokoiwszy jako tako Małgosię i Anię, pobiegłam otworzyć drzwi. Za progiem czekała na mnie niezadowolona twarz matki męża:

— Dzwonię, dzwonię, już myślałam, że wychodzę! Może nie przyszłam w odpowiednim momencie albo nie cieszysz się z mojej wizyty?

Pytanie było retoryczne, na języku miałam gotową odpowiedź – i nie w odpowiednim momencie, i nie cieszę się. Ale z wymuszonym uśmiechem odpowiedziałam:

— Co ty, pani Krystyno, proszę się rozebrać, przejść do salonu, zaraz skończę z dziewczynkami w kuchni.

Zostawiwszy teściową w przedpokoju, pobiegłam do kuchni, skąd znów zaczęły dobiegać dźwięki bitwy. Usuwanie skutków starcia i przekonywanie moich wojowniczek, że nie wolno rzucać jedzeniem, zajęło mi jakieś pięć-siedem minut. Kiedy już umyłam dziewczynki i posprzątałam kaszę ze ściany i podłogi, usłyszałam trzask zamka. Myślałam, że wrócił mąż. Ale to teściowa wyszła. Usiadłam na stołku i westchnęłam, wiedząc, że znów się nakręciła i teraz czekają mnie wyjaśnienia.

Nie musiałam długo czekać na kolejne spotkanie z teściową. Wkrótce po jej wyjściu przyszedł mąż. I zaczęło się!

— Spotkałem mamę, była zapłakana, powiedziała, że nawet nie pozwoliłaś jej zobaczyć wnuczek, nie zaproponowałaś herbaty. Chciałem ją przyprowadzić, ale stanowczo odmówiła! Co się tu stało?

Krótko opowiedziałam, co się wydarzyło, pokazując jeszcze wilgotne zasłony. Ale mąż się wkurzył:

— No i co z tego, że Małgosia i Ania się bawiły, pierwszy raz? Naprawdę babcia nie może ich zobaczyć? Co jej powiedziałaś?

Na moją rozsądną odpowiedź, że prawie nic nie zdążyłam powiedzieć, mąż też zareagował gwałtownie:

— No właśnie, nawet z mamą nie potrafisz normalnie porozmawiać, wiecznie zajęta!

Słowo za słowem, wybuchła awantura. Praktycznie nie rozmawiamy od dwóch dni, mąż chodzi ponury i czeka, aż pokornie poproszę teściową o wybaczenie i zaproszę ją na uroczystą kolację, żeby być „amnestowana”. Ale ja nie zamierzam się kajać. Jeśli teściowa zaczyna mieć oznaki demencji, to niech jej dogadza syn. Dlaczego ja mam kłaniać się niewiadomo za co? Niech ona przemyśli swoje postępowanie i nie oczekuje ode mnie ciągłej ustępliwości i uprzedzającej grzeczności.