— Jak chcę, tak zarządzam swoimi rzeczami! — oświadczyła synowa

Niedawno miałam dużą kłótnię z synową. Wcześniej nasze relacje były w miarę normalne. Nie przyjaźniłyśmy się, ale też nie było między nami konfliktów. Teraz widzę, że nic dobrego z tego nie będzie. Problem w tym, że stała się bezczelna.

Jestem emerytką. Z rodziny mam tylko syna, synową i wnuczki. Nie mam wielu przyjaciół, więc rodzina jest moim głównym kręgiem towarzyskim. Czasami wychodzę na kawę lub do teatru z koleżankami lub sąsiadkami, ale rzadko.

Uwielbiam moje wnuczki. Wychowałam je prawie jak własne dzieci. Zawsze rozpieszczam je zabawkami i słodyczami. Staram się interesować tym, co one, żeby być na bieżąco, jak to teraz modne mówić. Na szczęście, mam przyzwoitą emeryturę, więc mogę spełniać ich małe życzenia.

Nie zapominam też o synowej. Kupuję jej i synowi nowe rzeczy. Na święta zawsze przygotowuję różne prezenty, żeby poprawić im humor i sprawić radość. W tym roku przed urodzinami synowej zapytałam ją, co chciałaby dostać ode mnie w prezencie. Odpowiedziała, że marzy o nowym piekarniku.

Wiedziałam, że synowa pasjonuje się kulinariami. Taki prezent nie do końca mieścił się w moim budżecie. Jednak znalazłam sposób i kupiłam jej wymarzony piekarnik. W sklepie męczyłam konsultanta, żeby pomógł mi wybrać najlepszy sprzęt. Przejrzeliśmy wiele piekarników i znaleźliśmy taki, który mi odpowiadał.

W domu sprawdziłam piekarnik i zaczęłam go z powrotem pakować. Wtedy wpadła do mnie sąsiadka. Zobaczyła mój prezent i powiedziała:

— No, brawo! Teraz gotowanie będzie czystą przyjemnością. Ile to kosztowało?

Kiedy podałam jej sumę, osłupiała.

— Ojej! O takim mogłabym tylko marzyć!

Powiedziałam, że sobie takiego też bym nie kupiła. Przyznałam, że piekarnik jest dla synowej w prezencie.

Sąsiadka zaczęła jeszcze bardziej mnie chwalić. Mówiła, że o takiej teściowej można tylko marzyć.

Uroczystość minęła wspaniale. Byłam szczęśliwa, że synowa doceniła mój prezent. Przez cały wieczór uśmiechała się i zastanawiała, gdzie postawić piekarnik. Rozstałyśmy się w dobrych nastrojach — nic nie zapowiadało kłopotów.

Kilka tygodni później przyszła do mnie sąsiadka. To, co mi powiedziała, nie mieściło się w głowie:

— Wiesz, że twoja synowa sprzedaje piekarnik?

— Nie. Dlaczego miałaby go sprzedawać? — zapytałam zdezorientowana.

— Nie wiem. Wystawiła go na stronie z ogłoszeniami, i to za pół ceny.

Sąsiadka pokazała mi ogłoszenie, żeby udowodnić swoją rację. Synowa rzeczywiście sprzedawała piekarnik, który jej niedawno podarowałam. Zaczęłam przeglądać inne jej „towary”.

Lepiej, gdyby skończyło się na piekarniku… Okazało się, że sprzedaje wszystko, co podarowałam wnukom, synowi, i jej. Wszystko zapieczętowane, z metkami i po niskich cenach.

Postanowiłam nie odkładać konfrontacji na później i zadzwoniłam do synowej. Zapytałam:

— Cześć. Jak tam piekarnik? Kiedy mogę przyjść na ciasto?

Synowa zaczęła się jąkać:

— Wiesz, zdecydowałam…

— Wiem, wiem! Dlaczego ustawiłaś tak niską cenę? A ubrania sprzedajesz za grosze. Widocznie powinnam dawać prezenty z cenówkami, żebyś nie miała straty. Ciekawe, czy słodycze i owoce, które kupowałam dla dzieci, też sprzedawałaś?

Synowa zaczęła się bronić:

— To mój prezent. Mam prawo zarządzać nim, jak uważam.

Bardzo się pokłóciłyśmy. Musiałam porozmawiać też z synem, bo on był w to zamieszany. Wiedział, że wszystko sprzedaje, i nie powiedział jej ani słowa. Jak można tak postępować?

Uważam, że to nie jest banalna kłótnia. Synowa jest winna. Teraz niech znajdzie sposób na naprawienie relacji.