Jak matka może nie pomagać swojej córce? Czy ona naprawdę nie rozumie, że na starość to ja będę musiała jej pomagać?

Mam 27 lat i jestem mamą dwójki dzieci – dziewczynki i chłopca. Od pięciu lat jestem na urlopie macierzyńskim, a jedynym żywicielem rodziny jest mój mąż. Mieszkamy w małym mieście, gdzie pensje są niskie, a znalezienie dodatkowej pracy lub lepiej płatnego stanowiska jest problematyczne. Mimo że mąż przynosi całą pensję do domu, pieniędzy zawsze nam brakuje.

Od wielu lat nie kupiłam sobie ładnych rzeczy, nie mówiąc już o wyjściu do restauracji czy wyjeździe na wakacje. Dla mnie kupno kosmetyków na promocji to już wielkie szczęście. Mąż pracuje sześć dni w tygodniu, ma tylko jeden dzień wolny i jest ciągle zmęczony i zdenerwowany.

W ogóle nie pomaga z dziećmi – może tylko krzyczeć, jeśli robią zbyt dużo hałasu. Wszystko, co uda się zaoszczędzić i odłożyć, prędzej czy później wydajemy na zabawki dla dzieci, leki lub nowe ubrania dla nich. Próbowałam przez jakiś czas pracować w domu – skończyłam kursy makijażu i fryzur, ale dzieci zawsze przeszkadzały w przyjmowaniu klientek, więc musiałam z tego zrezygnować.

Najbardziej boli mnie to, że mama wie, jak trudna jest nasza sytuacja materialna i całkowicie to ignoruje. Wszystko, co wnuki od niej dostają, to drobne upominki i słodycze. Kilka razy nam pomogła – zapłaciła za wózek po narodzinach drugiego dziecka i pomogła w prostym remoncie mieszkania.

Jedyna reakcja mamy na moje skargi to: „Wiedziałaś, na co się decydujesz. Mnie też było ciężko wychowywać troje dzieci”.

Uważa mnie za leniwą. Mówi, że cały czas odpoczywam, że mogłabym oddać dzieci do przedszkola (chociaż młodsza ma tylko półtora roku i często choruje). Zarzuca mi wybór męża – że nie ma wyższego wykształcenia, a ja wiedziałam, że jest bezperspektywiczny, pracowity, ale mało zarabiający. Często prosiła, żebym zastanowiła się, czy naprawdę potrzebujemy drugiego dziecka. Namawiała mnie, żebym poprzestała na jednym i wróciła do pracy.

Rozumiem, że w jej słowach jest trochę prawdy – nasze finanse nigdy nie były najlepsze, ale przecież ludzie wychowują dzieci w jeszcze gorszych warunkach.

Moja mama wydaje wszystkie swoje pieniądze na wakacje, zakupy, relaks, a czasem nawet na zabiegi kosmetyczne. W przypadku innych wnuków sytuacja jest taka sama – dostają od niej tylko jakieś zabawki i bilety na rozrywki, ale moi bracia są bardziej zamożni i ich rodziny nie potrzebują pomocy.

Nie rozumiem, jak można nie pomagać własnej córce w trudnej sytuacji i jak można w jej wieku tak beztrosko wydawać duże sumy na drobiazgi… Czy ona naprawdę nie rozumie, że kiedy zacznie mieć problemy zdrowotne na starość, bracia i ich żony raczej nie będą się nią opiekować, a to ja będę musiała jej pomagać?