Jemy u mnie kolacje, obiady i śniadania. Myśli, że jedzenie spada z nieba?

— Przez miesiąc kupił tylko jedno opakowanie herbaty. Nawet chleba w sklepie nie potrafi kupić! Ale jemy u mnie kolacje, obiady i śniadania. Myśli, że jedzenie spada z nieba? — oburza się 33-letnia Wiktoria.

Wiktoria mieszka w swoim mieszkaniu. Jest udaną karierowiczką i niezależną damą. Dba o siebie, uprawia sport — ogólnie rzecz biorąc, jest wymarzoną synową. Niedawno związała się z Krzysztofem.

On jest od niej o 5 lat starszy, poważny i dobrze wychowany. Wiktoria jest nim bardzo zainteresowana. Wydaje się, że to pierwszy raz, kiedy naprawdę się zakochała. Ma własne mieszkanie, samochód, prowadzi biznes, więc finansowo wszystko u niego w porządku. Dziewczyna nie związałaby się z biedakiem, bo ma swoje wymagania co do przyszłości.

Jednak nawet w tym związku Wiktoria napotkała problemy finansowe. Oboje mają dobrą pensję, nikt nie liczy grosza. Każde z nich może sobie pozwolić na zakup kawałka mięsa czy czerwonej ryby.

— Kiedy mieszkałam sama, wydawałam na jedzenie bardzo mało pieniędzy. Odżywiałam się kaszami, jogurtami i owocami. A teraz policzyłam i złapałam się za głowę! Może jestem skąpa, ale pomyślałam, że pora zacząć oszczędzać! — mówi Wiktoria.

— Czyli wprowadziliście się do siebie?

— Tak, mieszkamy u mnie…

— A rozmawialiście o jakichś warunkach? Dyskutowaliście budżet i domowe obowiązki?

— Nie, wszystko jakoś chaotycznie się wydarzyło. Po prostu moje mieszkanie jest bliżej pracy, łatwiej się dojeżdża, więc zdecydowaliśmy się zamieszkać razem — tłumaczy dziewczyna.

Na Krzysztofa Wiktoria specjalnie nie narzeka. Jest troskliwy i wyrozumiały. Nie leni się, żeby zrobić śniadanie, odkurzyć, umyć podłogi. Główne produkty kupuje pomoc domowa, ale trzeba jej zostawić pieniądze.

— A dlaczego mu wprost nie powiesz? — pyta Wiktorię przyjaciółka.

— Dałam mu do zrozumienia, ale wprost powiedzieć wstyd.

— Mężczyźni nie rozumieją aluzji, czy ty tego nie wiesz?

— Niezręcznie, przecież mi nie żal. Suma wychodzi znacząca, choć on może uznać mnie za drobiazgową. Naprawdę Krzysztof nie rozumie, że jedzenie nie spada z nieba? Codziennie przychodzi do domu z pustymi rękami i pyta, co jest do jedzenia.

— A robi ci jakieś prezenty?

— Na początku dawał kwiaty, ale powiedziałam, że nie warto wydawać. Może uznał, że jedzenie też sama kupię, skoro mieszkanie jest moje. Ogólnie, dziwna sytuacja…

Dlaczego Krzysztof niczego nie kupuje? Co myślicie? Może po prostu trzeba poprosić, a nie milczeć i narzekać?

Możliwe, że Wiktoria jest po prostu skąpa, skoro wszystko liczy? Pensja nie jest mała, szkoda nakarmić faceta? Okazuje się, że miłość to miłość, ale pieniądze przede wszystkim?