Jestem w drugim małżeństwie i wcale nie żałuję, że mój pierwszy mąż zdecydował się uciec od nas z dzieckiem

Pierwszy raz wyszłam za mąż zaraz po studiach. Młodzi, energiczni, ja i Artur uważaliśmy, że całe życie przed nami. Planowaliśmy mieć trójkę dzieci, marzyliśmy o domu za miastem, ale życie miało inne plany.

Długo nie mogłam zajść w ciążę. Kiedy zgłosiliśmy się do lekarzy, okazało się, że oboje z mężem musimy przejść długotrwałe leczenie, żeby mieć dzieci. Zaczęły się nieskończone wizyty w aptekach i przychodniach, a wszystkie procedury i leki kosztowały niemało, więc musieliśmy odłożyć nasze marzenia na później.

Ale po trzech latach udało się – zobaczyliśmy upragnione dwie kreski na teście, a dziewięć miesięcy później urodził się nasz Kuba. Artur był bardzo szczęśliwy, że urodził się syn, i na początku wszystko było wspaniale. Jednak nasz chłopiec był dość chorowity, mało spaliśmy, ale byłam pewna, że z czasem wszystko się poprawi. Niestety, jego tata szybko się „zmęczył”.

Kiedy Kuba miał około roku, Artur przestał poświęcać mu uwagę. Znużyły go płacze i ciągłe napięcie związane ze zdrowiem dziecka, zaczął „zostawać dłużej w pracy”. Domyślałam się, na jakiej „pracy” zostaje, ale miałam nadzieję, że się opamięta i wróci do rodziny, będzie nie tylko nocował w domu. To się nie stało. Minęło kilka miesięcy i mąż oznajmił, że lepiej będzie, jeśli się rozwiedziemy, bo ma nową kobietę. Byłam już gotowa na to emocjonalnie, ale reszta sytuacji po rozwodzie była dla mnie bardzo trudna. Małe dziecko, brak pracy – dobrze, że pomagali mi rodzice. Na początku raz w tygodniu przychodziła nawet była teściowa. Nie była zachwycona postępowaniem syna, ale go nie krytykowała, w końcu to jej własna krew. Dlatego nie rozmawiałyśmy o moich relacjach z Arturem. Potem wizyty teściowej ustały, a o byłym mężu przypominały mi tylko nieregularnie przysyłane alimenty.

Kuba rósł, wkrótce poszedł do przedszkola, a ja znalazłam pracę. Jak to zwykle bywa, kiedy dziecko adaptowało się do przedszkola, często chorowało, a mnie prawie zwolnili z pracy za ciągłe zwolnienia lekarskie. Znowu pomogli moi rodzice, zajmując się wnukiem, kiedy był chory.

Kiedy do naszego zespołu dołączył nowy menedżer, zostałam wyznaczona do jego szkolenia. Oczywiście, poza pracą rozmawialiśmy także na tematy osobiste. Wiktor również był po rozwodzie, ich małżeństwo rozpadło się, bo jego żona kategorycznie nie chciała mieć dzieci. Jest teraz takie modne słowo – „childfree”, oznaczające osobę, która nie chce mieć dzieci. Była żona Wiktora uważała się za taką osobę.

Nasze relacje z Wiktorem stopniowo przerodziły się w romans. Najbardziej martwiłam się, jak będzie dogadywał się z moim synem, bo gdybym musiała wybierać, bez wahania zerwałabym związek z nowym partnerem. Na szczęście wszystko ułożyło się wspaniale, a Kuba, widząc szczere zainteresowanie Wiktora, zaczął go nazywać tatą.

Biologiczny ojciec Kuby mieszkał ze swoją nową partnerką niedaleko. Spotkałam go kilka razy i patrząc na niego, nie powiedziałabym, że jego życie jest takie wspaniałe. Problemy były widoczne w jego oczach, w jego postawie i ponurym wyrazie twarzy. Kiedy mnie zobaczył, powiedział z zazdrością:

— Widzę, że się nie nudzisz, syn ma „nowego tatę”!

Odpowiedziałam z przekąsem:

— Tak, ma nowego tatę i męża, w przeciwieństwie do ciebie!

Temat poszedł w nieoczekiwanym kierunku. Artur nagle się uśmiechnął:

— Skoro nie jesteś już moją żoną, może powinienem zrzec się ojcostwa, niech twój Wiktor adoptuje Kubę!

Wzruszyłam ramionami:

— Wiesz co, to niezły pomysł! I tak nie masz z tego żadnego pożytku. Kiedy napiszesz wniosek? Sama wszystko załatwię.

Przycisnęłam go, i już po trzech dniach odwiedziliśmy notariusza.

Wiktor bardzo się ucieszył z tego obrotu sprawy. Zalegalizowaliśmy nasz związek, a Wiktor stał się dla Kuby tatą nie tylko faktycznie, ale i prawnie. Co więcej, jest teraz tatą dla małego braciszka Kuby, który ma zaledwie trzy miesiące. Jestem pewna, że z Wiktorem będziemy mieli trzecie dziecko, i że uda nam się zrealizować nasze marzenie o domu za miastem. Wszystko, co się dzieje, dzieje się na lepsze.