Mamy niby wspólny budżet, ale mąż wydaje pieniądze tak, jak uważa za stosowne

Wygląda na to, że po ślubie zdecydowaliśmy się na wspólny budżet. Oczywiście zgodziłam się, ponieważ uważam, że w rodzinie wszystko powinno być wspólne.

Jednak w praktyce wygląda to tak, że wpłacam całą swoją pensję do wspólnej puli, a mąż wydaje pieniądze według własnego uznania. Pobraliśmy się jeszcze na studiach. Mimo to dorabialiśmy i wynajmowaliśmy mieszkanie. Rodzice trochę nam pomagali, bo zarobione pieniądze nie starczały na wszystko.

Ślub też opłacili rodzice. Po jakimś czasie babcia przekazała mi swoje mieszkanie jednopokojowe, bo wszystkim było jasne, że na kredyt hipoteczny nas nie stać. Sama przeprowadziła się do mamy i taty, zamieszkując w moim pokoju.

Nie potrafię nawet opisać emocji, które towarzyszyły mi, gdy z mężem zaczęliśmy mieszkać samodzielnie. Niezależne życie bardzo nam się podobało. Planowaliśmy przyszłość, realizowaliśmy cele i oszczędzaliśmy pieniądze, aby wyremontować mieszkanie i kupić samochód.

Zakup auta postawiliśmy na pierwszym miejscu. Mąż zaproponował, że zacisniemy pasa, aby szybciej spełnić nasze marzenie. Zgodziłam się. W ogóle nie robiliśmy niepotrzebnych zakupów i oszczędzaliśmy dosłownie na wszystkim. Nawet musieliśmy otworzyć oddzielne konto oszczędnościowe, bo chcieliśmy chronić budżet przed impulsywnymi zakupami.

Byłam gotowa na takie poświęcenia dla konkretnych celów. W końcu chciałam mieć własny samochód, a mieszkanie babci wymagało remontu. Dlatego odmawiałam sobie dosłownie wszystkiego – nawet żałowałam pieniędzy na kosmetyki. Starałam się nie wchodzić do sklepu, aby nie ulec pokusie.

Żyłam naszym celem, więc przyzwyczaiłam się do takiej totalnej oszczędności. Wydawało się, że mąż mnie wspiera. Ale wkrótce zaczęłam zauważać, że oszczędza tylko na mnie.

Mąż zaczął mieć pretensje, gdy kupowałam bieliznę czy rajstopy. Ale wiecie, że rajstopy szybko się przecierają. Nie mogę chodzić miesiącami w tych samych rajstopach.

— Noś spodnie, wtedy rajstopy nie będą ci potrzebne! — usłyszałam od męża.

Normalny szampon też mi nie był potrzebny. A maska i odżywka to zupełnie zbędne środki, wymyślone przez marketerów. Tymczasem na siebie mąż nie żałował pieniędzy.

Kupował to, co uważał za potrzebne. I to były nie rzeczy pierwszej potrzeby.
Garderoba męża stopniowo się odnawiała. Oszukiwał mnie, że to rzeczy ze stoków, ale ja przecież nie jestem ślepa – widziałam metki. Kupował ubrania w butikach, a nie na rynku, jak ja.

Okazuje się, że ja odmawiam sobie wszystkiego, aby jak najwięcej oszczędzić, a mąż żyje na szeroką nogę. Przy takim układzie nigdy nie uzbieramy na samochód. Oczywiście wyraziłam mu swoje „fe”. Przecież oszukuje mnie i za moimi plecami knuje finansowe machinacje. Pieniądze są wspólne, ale dysponuje nimi jak by sam.

— Co w tym takiego? Kilka razy nie wytrzymałem i rozpieszczałem się. To się więcej nie powtórzy! — bronił się mąż.

Gdy zobaczyłam wyciąg z konta, poczułam się źle. Wydał naprawdę sporo. Ale teraz mam pełny dostęp do tego konta, więc będę wszystko kontrolować. Mam nadzieję, że mąż wyciągnął wnioski. A jeśli nie… To po co mi taki mąż?