Mój były mąż nie „podołał” nowej żonie i chciał wrócić z powrotem

Byliśmy małżeństwem przez cztery lata. Przez większość tego czasu mój mąż pracował w firmie produkującej wyroby z plastiku.

Firma była w świetnej kondycji finansowej, zarządzanie było kompetentne, a produkty sprzedawały się jak ciepłe bułeczki. Dział techniczny nadążał za nowymi technologiami i regularnie unowocześniał sprzęt. Zarobki były wręcz bajeczne, ale było jedno „ale”, które niwelowało wszystkie te zalety. Była to polityka zarządu, oparta na starej, sprawdzonej zasadzie „dziel i rządź”. Dotyczyło to wszystkich poziomów relacji. Bardzo zachęcano do donosicielstwa i intryg, nikt nie wiedział, co to jest związek zawodowy, ale szef zawsze wiedział, co mówią jego podwładni i biada, jeśli do jego uszu dotarło coś, co uznał za kłopotliwe, zwłaszcza dotyczące jego osoby.

W najlepszym wypadku oznaczało to brak premii dla źródła krytyki przez co najmniej trzy miesiące, a premia, według sprytnego planu szefa, stanowiła lwią część wynagrodzenia. Często proponowano też złożenie wypowiedzenia „za porozumieniem stron”. Dlatego rotacja w firmie była ogromna. Męża to denerwowało, a kiedy również trafił na „czarną listę” dzięki czyjejś uprzejmości, sytuacja stała się nie do zniesienia. Pracował nadal na pełnych obrotach, po dwanaście godzin dziennie, ale przynosił do domu grosze. Co gorsza, stał się drażliwy i nerwowy, a po jednym takim wybuchu poradziłam mu, żeby zrezygnował i znalazł nową pracę.

Mąż sam zrozumiał, że jest wypychany, więc trzaskając drzwiami i mówiąc szefowi, co o nim myśli, zrezygnował. Był dobrym specjalistą, więc szybko znalazł nową pracę, zaledwie po dwóch tygodniach.

Na początku wracał z nowej pracy w euforii, mówił, że nie wyobrażał sobie, że zespół może być tak zgrany, a kierownictwo tak demokratyczne. Były też minusy – niższa pensja, ale nie na tyle, by się tym martwić.

Zgrany zespół oznaczał dość częste wspólne spędzanie czasu. Nie miałam nic przeciwko, gdy mąż zostawał z kolegami w piątki i wracał po umiarkowanym piciu, ale z czasem zauważyłam, że zaczął wracać coraz później, a „wieczorne spotkania” odbywały się nie tylko w piątki, ale i w środku tygodnia.

Potem mąż, wracając do domu, zaczął się czepiać mnie o wszystko – że wszystko robię źle, że w domu jest nieprzytulnie, że barszcz nie smakuje, że koszula wisi nie tam, gdzie powinna. Zrozumiałam, że te czepiania się nie są przypadkowe i zapytałam wprost:

— Kochanie, czy znalazłeś miejsce, gdzie wszystko ci odpowiada, i teraz chcesz to samo widzieć w domu?

Mąż osłupiał. Trafiłam w sedno. Rzeczywiście miał kochankę. Jakie miała atuty zewnętrzne, nie wiem, ale jako gospodynię mąż ją wychwalał pod niebiosa. Zapytałam, kim jest ta jego wybranka, i usłyszałam:

— Natalia nie pracuje, chodzi na kursy księgowości, chce zdobyć nowy zawód po rozwodzie z mężem.

Ach tak, „nasza” Natalia dopiero co się rozwiodła! Na moje pytanie, co dalej, mąż odpowiedział, że znalazł kobietę, której szukał od dawna. Słuchałam jego rozważań i nie mogłam uwierzyć, że jeszcze niedawno ten sam człowiek narzekał na problemy, szukał wsparcia i pocieszenia, a okazało się, że równocześnie szukał innej kobiety!

Krótko mówiąc, rozwiedliśmy się. Powiedziałam mężowi, że nie zamierzam robić z mieszkania sali operacyjnej i szorować wszystkiego do sterylności, jak to robi Natalia, i że nie zamierzam uczyć się gotować barszczu według jej przepisu. Przez tyle lat zajadał się moim barszczem i było dobrze, a teraz nagle przestał smakować! Poza tym mąż nie wziął pod uwagę, że nasz budżet rodzinny składał się z dwóch części, a moja była ostatnio większa. Gdybym siedziała w domu jak Natalia i szukała swojego powołania na kursach w wieku trzydziestu lat, może miałabym czas na idealny porządek i inne rzeczy, ale pracować na równi z mężem i jeszcze wszystko ogarniać w domu, przepraszam, nie chcę.

Jak się okazało, czystość i barszcz Natalii cieszyły mojego byłego męża tylko przez krótki czas. Jego wybranka nie została księgową po kursach, jak przypuszczał, ale znalazła sobie nowe hobby – kursy projektowania krajobrazu. Oczywiście, wszystkie kursy teraz są płatne, a skąd brały się pieniądze, łatwo zgadnąć. W końcu „Boliwar” nie mógł dłużej wciągać dwóch osób, pokłócili się i poszukiwacz przygód wrócił do mnie z przeprosinami.

Przeprosiny przyjęłam, ale nie przyjęłam go z powrotem. Przez te miesiące, gdy mieszkałam sama, poczułam smak wolności i nie chciałam go stracić, zanurzając się w perspektywę kolejnych rodzinnych kłótni. Dlatego grzecznie wskazałam byłemu kierunek od drzwi. Niech szuka kolejnej odpowiedniej dla siebie kobiety, pracowitej i gospodarskiej.