Mój mąż nawet nie tknie podgrzewanego jedzenia!

Mąż to szczególna osoba. Nie znosi na duchu podgrzewanej żywności. Jeśli coś przygotuję rano, na obiad tego nie zje. Twierdzi, że danie powinno być świeżo przygotowane, wtedy jest smaczne. Inne opcje nawet nie wchodzą w grę.

Dosłownie żyję w kuchni. Nie mogę przygotować posiłków na cały tydzień, jak to robią wszystkie normalne gospodynie. Staję przy kuchence bezpośrednio przed śniadaniem, obiadem i kolacją. Dobrze, że przynajmniej kanapki je. To czasami bardzo ratuje.

Muszę wstawać wcześnie rano, by szybko coś świeżego mu przygotować. A na obiad coś, co nie wymaga podgrzewania. Jakieś paszteciki, zapiekanki, przekąski. Wieczorem z pracy pędzę od razu do kuchni. Jeśli wróci z pracy, a nie ma co jeść, awantura murowana. Nie mogę się w ogóle zrelaksować. Ani w weekendy, ani podczas urlopu.

Gdybym siedziała w domu, nie narzekałabym. A tak zarabiam tyle co mąż. To jakoś niesprawiedliwie wychodzi. Też się męczę i nie mogę ciągle biegać w tak szalonym tempie. Mąż wypomina mi, że jego mama zdążyła ze wszystkim. Tylko że ona nigdzie nie pracowała i miała możliwość dogadzać domownikom różnościami.

Te garnki tak mnie już irytują, że brak słów. Jestem zmęczona dogadzaniem mężowi kosztem siebie. Czy kobieta jest stworzona do kuchni? Co ze mną będzie, gdy pójdę na urlop macierzyński?