Mój mąż nie rozumie, że naczynia i sprzęty domowe to nie prezent dla ukochanej kobiety

Przez wszystkie lata naszego małżeństwa mąż nie dał mi ani jednego wyjątkowego prezentu. Wręcza mi garnki, patelnie, talerze, żelazko, pralkę… Czy to są prezenty dla ukochanej kobiety?

— Przecież mówiłaś, że żelazko się zepsuło, więc dlaczego nie jesteś zadowolona? — oburza się mąż.

Może wtedy powinienem jeszcze kupować jej proszek do prania i papier toaletowy na święta? Przecież tego również używamy, prawda? Jakie intencje kierują nim, gdy wybiera takie prezenty? Prezent powinien sprawiać radość, a nie być czymś oczywistym i praktycznym. Tak uważam.

Przed ślubem nie mieliśmy takich problemów. Mąż obdarowywał mnie kosmetykami, perfumami, organizował niespodzianki. A po ślubie nastał czas rękawic kuchennych i patelni.

Z jakiegoś powodu uznał, że żonatym kobietom należy dawać tylko praktyczne prezenty, które przydadzą się w domu. Jego rodzice również mają takie podejście. To raz przynoszą pościel, to innym razem ręczniki. Dlaczego nie dają takich rzeczy swojemu synowi? Już nie raz dawałam mężowi do zrozumienia, że to mi się nie podoba. Sprzęty domowe powinny być kupowane z budżetu domowego, a nie podarowane jako prezenty.

Jeśli potrzebuję żelazka, mam własną pensję i mogę je sobie kupić. Gdy finanse na to pozwalają, nie zwlekam. Tak powiedziałam mężowi, a on w swojej obronie stwierdził:

— W mojej rodzinie takie zakupy zawsze były okazją do świętowania. Tata zawsze kupował mamie coś do domu czy kuchni.

Takie podejście mnie nie satysfakcjonuje. Chcę, aby moje urodzinowe prezenty były czymś, co naprawdę chcę, a nie tylko czymś użytecznym. Żelazko to podstawowa potrzeba, a nie prezent dla ukochanej osoby. Czyż nie mam racji?

Przed Dniem Kobiet powiedziałam mężowi, że chciałabym dostać perfumy.

Opowiedziałam, gdzie je można kupić i pokazałam zdjęcie. A on podarował mi szlafrok i rękawice kuchenne. Gdzie tu logika?

Ja zawsze staram się dawać mu prezenty, które naprawdę go ucieszą. Zazwyczaj to coś, czego sam by sobie nie kupił. Każdy mój prezent sprawia mu ogromną radość. A mi daje różne drobnostki.

Przed moimi urodzinami poprosiłam go, aby kupił mi bon do SPA. Przytaknął, ale w prezencie przyniósł nowy żyrandol. Jak ja mogłam bez niego żyć? Wygląda na to, że zapomniał o moich życzeniach.

Naturalnie, że się obraziłam. Nie zostało ze mnie nic z dobrego humoru. A mąż w odpowiedzi również się obraził. Wyobraźcie sobie, wydał fortunę na żyrandol, a ja nie jestem zadowolona.

— Twój bon to drobiazg w porównaniu z żyrandolem! — powiedział w swojej obronie.

— To gdzie problem? Kto kazał ci tyle wydawać? Rzeczy do domu możemy kupować z wspólnego budżetu. Nie potrzebuję takich prezentów.

Nie udało nam się jeszcze pogodzić. Mąż opowiada wszystkim, jak jestem niewdzięczna. Znalazł idealny żyrandol, który pasuje do naszego wnętrza, a ja robię awantury.

Lepiej by mi dał pieniądze. Kupiłabym sobie to, czego naprawdę potrzebuję. Ale mąż twierdzi, że pieniądze to nie prezent.

Teściowa oczywiście stoi po jego stronie, twierdząc, że cieszyłaby się z takiego prezentu. A ja marzę o dniu w SPA, nowej sukience, kosmetykach, perfumach, biżuterii — typowych kobiecych przyjemnościach.

Nie mam nawet ochoty przyjmować od męża prezentów. Następnym razem na jego urodziny podaruję mu wiadro majonezu czy przepychacz. Użyteczny prezent, prawda?