Mój mąż tak bardzo przejmował się kontrolą swojego zdrowia, że nie wytrzymałam i złożyłam pozew o rozwód

Trudno uwierzyć, że ktoś mógłby rozwieść się z powodu nadmiernej troski jednego z małżonków o swoje zdrowie. Na pierwszy rzut oka to normalne, że człowiek chce monitorować stan swojego organizmu i unikać poważnych problemów zdrowotnych. Jeśli odbywa się to z umiarem – wszystko jest w porządku, ale mój mąż, sportowiec, zdrowy mężczyzna, przy każdej drobnostce zadręczał całą przychodnię, domagając się wielu badań i upewnienia się, że z jego zdrowiem wszystko jest w porządku. To już było trudne do zrozumienia.

Zanim zostaliśmy małżeństwem, nawet nie podejrzewałam o taką hipochondrię u Pawła. Przed ślubem nigdy nie dzielił się ze mną swoimi medycznymi obsesjami. Pierwsze wizyty u lekarzy, kiedy był już moim mężem, nie wzbudziły we mnie negatywnych emocji. Coś go zabolało, chciał się upewnić, że wszystko jest w porządku – proszę bardzo! Tym bardziej, że byłam w ciąży i sama regularnie chodziłam do lekarzy.

Kiedy urodził się nasz syn, Kuba, nie miałam czasu na przejmowanie się drobnymi problemami zdrowotnymi, które ma każda kobieta. Musiałam zajmować się dzieckiem. Ale tata Kuby nie zrezygnował ze swoich nawyków, zadręczając wszystkich lekarzy w naszej rejonowej przychodni, a gdy ich opinie go nie przekonywały, potrafił jechać do specjalistów wojewódzkich, a nawet do klinik w Warszawie. Kontrola, kontrola i jeszcze raz kontrola nad swoim cennym zdrowiem.

Stopniowo zaczęło mu to sprawiać coraz większą trudność. Pojawili się lekarze rodzinni, a do specjalistów można było dostać się tylko z ich skierowaniem. Paweł tak ich już zadręczał, że znajdowali mnóstwo powodów, żeby odmówić mu wizyty u kolegów.

Widząc taką, jego zdaniem, „niesprawiedliwość”, mąż zwrócił swoją uwagę na prywatne kliniki. Po pierwszym badaniu wrócił do domu w stanie euforii:

— Marysia, wyobraź sobie, w „LuxMedzie” wszystko jest super, przychodzisz, umawiasz się na wizytę, do kogo chcesz, wszystko szybko i profesjonalnie. Dzisiaj przeszedłem badanie u kardiologa i chirurga, powiedzieli, że muszę zrobić kilka dodatkowych badań, zajmę się tym niedługo.

Wysłuchałam tych zachwytów męża, a potem zapytałam:

— Kochanie, a ile kosztuje to „szczęście”?

Mąż zmarszczył brwi:

— Co za różnica, to moje zdrowie, ile by to nie kosztowało, zrobię te badania!

Wzruszyłam ramionami:

— No dobrze, jeśli uważasz, że nasz rodzinny budżet to wytrzyma, to rób te badania…

Wyniki badań po raz kolejny przekonały Pawła, że jego obawy i lęki były bezpodstawne. Triumfalnie ogłosił:

— Gratuluję, masz absolutnie zdrowego męża! Ale lekarze dali mi cenną radę – nie odpuszczać i robić badania okresowe, przynajmniej raz na pół roku. Myślę, że to za rzadko, będę chodził częściej.

Na moje pytanie, co znaczy „częściej”, odpowiedział:

— Co dwa, najwyżej trzy miesiące.

Te badania znosiłam ponad rok. Z rodzinnego budżetu na „LuxMed” wydawane były ogromne sumy, ale męża to nie martwiło, bo to przecież kwestia zdrowia!

Moje próby zmiany jego myślenia na bardziej pozytywne i pozbycia się paranoicznych myśli o rzekomych chorobach nie przynosiły żadnych rezultatów. Zrozumiawszy bezcelowość swoich starań, złożyłam pozew o rozwód, żeby syn, patrząc na biegającego po gabinetach lekarskich tatę, nie wyrósł na takiego samego hipochondryka.