Moja mama na starość stała się jeszcze bardziej nie do zniesienia i kapryśna

Moja mama na starość stała się jeszcze bardziej nie do zniesienia i kapryśna niż wtedy, gdy byłam w szkole. Wychowywała mnie sama i zawsze miała do mnie mnóstwo pretensji – nie tak siedzę, źle umyta filiżanka, niechlujnie napisana praca domowa, niewłaściwe ubranie, nieczyste buty itd. Jej uwagi i napomnienia sypały się jak groch z dziurawego worka.

Już jako studentka nieustannie słuchałam matczynych kazania o tym, jak należy się zachowywać, jak najlepiej przygotowywać się do egzaminów, na co zwracać uwagę, a na co nie. Same instrukcje. Nie mogłam się doczekać, kiedy skończę studia i wyprowadzę się na wynajęte mieszkanie – tak wyglądały moje plany na przyszłość.

I w końcu zdobyłam dyplom. Oprócz niego miałam jeszcze akt małżeństwa. Z Michałem, kolegą z roku, zaczęliśmy się spotykać na trzecim roku studiów. On mieszkał w akademiku, tam też spotykaliśmy się na bardziej intymne rozmowy. Michał pochodził z małego miasteczka, ukończył studia z wyróżnieniem i dostał prawo do wolnego rozdziału. Wybrał sobie dobre przedsiębiorstwo, szybko zaczął nieźle zarabiać. Dzięki jego pensji i mojej mogliśmy sobie pozwolić na wynajem kawalerki zaraz po ślubie. Planowaliśmy kupić własne mieszkanie, ale to były dalekosiężne plany.

Niestety, nasza radość z wolności nie trwała długo. Moja mama zaczęła nas często odwiedzać i z każdym razem coraz bardziej nalegała, żebyśmy przeprowadzili się do jej przestronnego trzypokojowego mieszkania. Mówiła, że jest samotna, nudzi się, po co wydawać pieniądze na wynajem, lepiej mieszkać razem i szybciej uzbierać na własne mieszkanie. Ten argument był przekonujący, więc zgodziliśmy się na przeprowadzkę do mamy.

Pierwsze dwa miesiące rzeczywiście były komfortowe – duże mieszkanie w centrum, nikt nikomu nie przeszkadzał, oszczędzaliśmy pieniądze. Ale po tym okresie mama znów zaczęła się nudzić i wróciła do swoich dawnych nawyków. Z każdym dniem jej uwagi i rady stawały się coraz bardziej uciążliwe. Początkowo dotyczyły tylko mnie, ale potem Michał też nie wiedział, gdzie się podziać przed wszechwidzącym okiem teściowej. Kiedy mama doradziła mojemu mężowi, jakiego lepiej używać maszynki do golenia, Michał, z twarzą pokrytą pianą, odwrócił się do teściowej, która zajrzała do łazienki, i zapytał:

— Pani Krystyno, a jaką gąbką mam sobie umyć plecy?

Mama zatrzasnęła drzwi i poszła na skargę do mnie:

— Jak on śmie, ja mu przecież dobrze radzę, niewdzięczny!

Westchnęłam i odpowiedziałam:

— Może powinniśmy się rzadziej widywać…

Mama nie zrozumiała aluzji:

— I tak staram się nie wychodzić z mojego pokoju, jak mogłabym jeszcze rzadziej?

Zapytałam:

— To po co zaglądałaś do łazienki?

Mama się zaczerwieniła i poszła do swojego pokoju.

Tydzień później znaleźliśmy nowe mieszkanie i znów się wyprowadziliśmy. Kiedy odjeżdżaliśmy, mama, jakby nie była smutna:

— No cóż, skoro tak zdecydowaliście, to będę mieszkać sama…

Ale samotność mamy nie trwała długo. Kotka Dusza niezbyt przejmowała się jej uwagami i okresowo niszczyła tapety, a mama nie miała z kim porozmawiać. W końcu postanowiła znaleźć nową ofiarę. Okazała się nią młoda rodzina, która szukała mieszkania. Mama zażyczyła sobie od nich bardzo mało, jak na nasze miasto, i wynajęła im dwa pokoje (my mieszkaliśmy w jednym). Przez pół roku „uszczęśliwiała” sąsiadów swoimi radami i uwagami. Ostatecznie młoda rodzina, tak jak my, uciekła od „gościnnej” gospodyni. Nie wiem, czy mama doradzała temu mężczyźnie w kwestii golenia, ale nie jest to wykluczone.

Na razie mama nie ma innych opcji, by złapać „wolne ucho”. Zaczyna więc znów rzucać wędkę w naszą stronę, mówiąc, że starzeje się i tęskni… Ale tym razem mój mąż tylko się śmieje na aluzje teściowej:

— Pani Krystyno, niech pani częściej chodzi do cyrku, tam są klauni…

Może mój mąż nie jest zbyt uprzejmy, ale ma rację – raz już doświadczył „szczęścia” mieszkania z teściową…