— Nie chcę jeść twojej zieleniny!

W naszym dziale pracuje kolega, którego żona ma obsesję na punkcie zdrowego odżywiania. Zielenina, korzenie, warzywa i owoce – to wszystko, co stara się codziennie wcisnąć swojemu mężowi, a on tym „wspaniałością” po prostu się nie najada! Oczywiście znalazł na to sposób – podczas przerwy obiadowej biegnie do fast foodów i tam zajada się burgerami, cheeseburgerami, hot-dogami i innymi, zdaniem jego żony, świństwami.

Te świństwa czasem zostawiają plamy na jego ubraniu, a wtedy ukochana żona przyłapuje go na strasznym przestępstwie – braku samokontroli w dbaniu o zdrowie. A także – na niewdzięczności wobec jej starań, bo przecież tak bardzo stara się zachować jego zdrowie, a on, bezwstydny, niweczy wszystkie jej szlachetne wysiłki.

Na próżno mój kolega tłumaczy żonie, że mężczyzna potrzebuje mięsa, bez niego – ani rusz! Maksimum, na co zgadza się jego żona, to gotowanie mięsa na parze, ale koniecznie z warzywami i zieleniną. Myślę, że domyślacie się, jakie są proporcje – symboliczny kawałek mięsa i wielka miska sałaty.

W wyniku tego kompromisu z żoną, a właściwie nie kompromisu, a podstępu, pojawia się kolejny zamówiony w dostawie pizza (oczywiście z mięsem) lub wizyta w McDonald’s.

Wydaje mi się, że biedny mąż wkrótce ucieknie od tak „troskliwej” żony…