Ona była kimkolwiek, ale nie ukochaną kobietą…

W pewnym momencie przejrzałam na oczy i zrozumiałam, że mąż uważa mnie nie za ukochaną żonę, ale za gosposię. Nianię, praczkię, kucharkę… To uświadomienie przyszło nagle, jak burza w ciepły letni dzień.

Na kolację usmażyłam kotlety. Zwykłe, z mrożonki, bo byłam bardzo zmęczona po pracy. Do tego syn kaprysił cały wieczór, więc nie miałam ochoty stać przy kuchni. Mimo wszystko postarałam się przygotować jakiś posiłek przed powrotem męża z pracy. Nie chciałam go rozczarować i zostawić głodnym.

Kiedy spróbował kotleta, krzyknął:

— Fuj! Dlaczego są takie bez smaku? Czemu je usmażyłaś, a nie upiekłaś w piekarniku z sosem?

Z obrzydzeniem dokończył swoją porcję i zostawił brudny talerz na stole. Podczas gdy on leżał na kanapie i oglądał telewizję, ja z dzieckiem na rękach sprzątałam kuchnię. Sama nawet nie zdążyłam zjeść kolacji, bo nie było na to czasu. Syn w ogóle nie odstępował mnie na krok.

Okazało się, że mąż nie docenił moich starań. Postarałam się przygotować coś, żeby mógł wrócić z pracy i zjeść, ale nie usłyszałam słów wdzięczności. Nawet nie zapytał, jak mi minął dzień i dlaczego syn płacze.

Wtedy zrozumiałam, że już dawno mnie nie kocha. Po prostu było mu wygodnie ze mną żyć. Jego podejście do tych kotletów odzwierciedlało jego podejście do mnie. Nie interesowały go moje pragnienia, potrzeby, stan duchowy — ważne było tylko, żeby mógł się wygadać i kolejny raz okazać obojętność.

Z każdym dniem oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej. Było mi niezmiernie smutno, bo zdałam sobie sprawę, że zmarnowałam młode lata na niewłaściwego człowieka. Byłam darmowym dodatkiem, bonusem, praczkią, sprzątaczką, ale nie żoną. Nie stałam się ukochaną kobietą, którą po prostu się ceni i szanuje. Jemu było wszystko jedno, byle tylko były smakołyki na stole i czyste skarpetki.

Dla niego byłam funkcją “żona”. Wkładał w to pojęcie coś zupełnie innego niż ja. I jeśli jedno z małżonków nie potrafi cenić i kochać, czy jest sens żyć razem? Co o tym sądzicie?