— Pewnie zdecydujemy się na rozwód w dwudziestopięciolecie!

Kiedy ożenił się nasz Wojtuś, prawie się z mężem rozwiedliśmy. Mieliśmy wtedy po czterdzieści pięć lat, co tu kryć, byliśmy sobą zmęczeni po prawie ćwierćwieczu wspólnego życia pod jednym dachem, uczucia się stępiły, nie było już dla kogo udawać małżeństwa – syn wyfrunął z gniazda, i zaczęliśmy odczuwać klasyczny syndrom pustego gniazda.

Wracaliśmy z pracy, jedliśmy kolację w milczeniu i rozchodziliśmy się do swoich pokoi, każdy do swojego telewizora. Rano to samo lakoniczne komunikowanie się przy herbacie, praca, a potem znów taki sam smutny wieczór.

Kiedy zbliżała się srebrna rocznica, ani ja, ani mąż nie planowaliśmy niczego organizować, nawet nie rozmawialiśmy o tym, jak uczcimy to wydarzenie. Martwiłam się tylko, że syn z synową przyjdą nas odwiedzić i wpadną w naszą atmosferę przesiąkniętą negatywizmem i niechęcią.

Nagle, dzień przed rocznicą, zadzwonił syn, przeprosił i powiedział, że nie będą mogli nas odwiedzić tego dnia i poprosił o przełożenie uroczystości na tydzień później. Z radością się zgodziłam, choć nie miałam pojęcia, co będzie za tydzień, może w ogóle się rozwiedziemy…

W dzień X poszłam w odwiedziny do przyjaciółki, mąż pojechał na ryby, zniknął wcześnie rano, więc nawet się nie minęliśmy. Po obiedzie nagle dostałam SMS-a z nieznanego numeru: „Irena, wracaj do domu, musimy porozmawiać”.

Pokazałam wiadomość przyjaciółce:

— Pewnie zdecydujemy się na rozwód w dwudziestopięciolecie!

Przyjaciółka zaczęła mnie uspokajać, ale nie byłam szczególnie zdenerwowana, chciałam już uporządkować nasze relacje i wszystko inne, w końcu – podział mieszkania.

Do domu wróciłam około godziny później. Otworzyłam drzwi i usłyszałam cichą, romantyczną muzykę. Było to niespodziewane, więc ostrożnie zajrzałam do salonu, skąd dochodziła muzyka… Tam był nakryty stół dla dwojga, a wokół stało dwadzieścia pięć zapalonych świec (później je policzyłam). W mieszkaniu panowała cisza, pomyślałam, że mąż jest w kuchni, ale kiedy tam zajrzałam, nie znalazłam go, więc poszłam do łazienki. Tam czekała mnie kolejna niespodzianka – pełna wanna z płatkami róż i unoszącymi się na wodzie kulkami…

W tym momencie usłyszałam kliknięcie drzwi wejściowych i poczułam zapach mojego rybaka, dzień najwyraźniej nie poszedł na marne, zapach świeżej ryby jest nie do pomylenia. Mąż, widząc, że nawet się jeszcze nie rozebrałam, też zaskoczony rozejrzał się dookoła, a potem, zostawiwszy swoje rzeczy w progu, wziął mnie na ręce jak za dawnych, dobrych czasów i w ubraniu zanurzył w wannie…

Potem, oczywiście, sukienka i strój rybacki zostały porzucone w korytarzu, a my, wypijając kieliszek wina, przenieśliśmy się do sypialni. Krążyliśmy tak między sypialnią, salonem a łazienką do północy.

Rano obudził nas wczesny, uporczywy dzwonek. Mąż poszedł otworzyć drzwi i po chwili wrócił z piękną torbą – w środku były bilety na wakacje w Grecji.

Zadzwonił telefon – tym razem to był syn. Złożył nam życzenia w imieniu swoim i swojej żony z okazji rocznicy i przypomniał, że nasz lot jest za pięć godzin.

Leżeliśmy z mężem i nie wierzyliśmy, że to się dzieje, jakbyśmy cofnęli się o dwadzieścia pięć lat, nie mówiliśmy nic, tylko patrzyliśmy na siebie myśląc to samo – jacy byliśmy głupi!

Potem były szybkie przygotowania, wspaniałe Morze Śródziemne, a tydzień później na lotnisku czekali na nas syn i synowa. Świętowanie trwało, tym razem zarezerwowali stolik w restauracji i pojechaliśmy prosto z lotniska, aby świętować z nimi początek nowego, szczęśliwego okresu w naszym życiu.

Od tego czasu minęło już kilka lat. Nasze relacje całkowicie się odmieniły i jesteśmy bardzo wdzięczni naszym, tak uważnym i kreatywnym dzieciom.