Po powrocie z wakacji córka i zięć byli zszokowani, bo nie poznali własnego mieszkania

Córka i zięć od samego początku mieszkali osobno, najpierw wynajmowali mieszkanie, a kilka lat temu kupili własne na kredyt.

Spłacanie kredytu jeszcze zajmie im z dziesięć lat, ale im to nie przeszkadza, mają stabilne dochody. Co prawda, przy dwójce dzieci trudno zaszaleć z rozrywkami i wakacjami, ale to już sprawa drugorzędna. Zawsze martwiło mnie, że córka niechętnie dba o porządek w swoim domu. Nie można powiedzieć, że tam jest całkowity bałagan, ale też nie można nazwać tego mieszkania przytulnym – coś leży porozrzucane, czegoś nie można znaleźć, rzeczy zazwyczaj są nieuprasowane po praniu, a po kątach i pod łóżkami gromadzi się mnóstwo niepotrzebnych gratów. Tak było, gdy wynajmowali mieszkania, co wywoływało ciągłe skargi właścicieli, tak jest i w ich własnym, choć miałam nadzieję, że w swoim domu córka się postara.

Taki stan rzeczy nie przeszkadza zięciowi. Jak coś leży, niech leży, dopóki ktoś się o to nie potknie i nie przesunie odrobinę na bok.

W tym roku udało im się zaoszczędzić trochę pieniędzy i postanowili pojechać z wnukami do Egiptu. Słyszeli o morskiej egzotyce, wnuki wciąż męczyły ich opowieściami o rybkach i koralowcach, więc musieli się sprężyć i kupić, choćby niezbyt długi, ale jednak – urlop i zmianę otoczenia.

Przed wyjazdem córka zostawiła mi klucze do ich mieszkania, prosząc, bym zajrzała podlewać kwiaty. Twarz zięcia nie wyrażała szczególnej radości, ale milczał. Po odprowadzeniu ich na lotnisko, wróciłam do miasta. Następnego dnia postanowiłam zobaczyć, jak mają się kwiaty, i pojechałam do mieszkania młodej rodziny.

Weszłam i oniemiałam – przed wyjazdem najwyraźniej się spieszyli i pakowali w pośpiechu, bo w mieszkaniu wszystko było wywrócone do góry nogami, a obok szafy w sypialni leżała sterta ubrań, prawdopodobnie czegoś szukali i wybrali najprostszy sposób – wyrzucili wszystko z półek, wzięli, co potrzebne, i wyszli.

Postanowiłam zrobić dobry uczynek – posprzątać ich mieszkanie. Na początku chciałam tylko poukładać rzeczy na półkach i trochę ogarnąć, ale moje inicjatywy przeciągnęły się na dwa dni. Z trudem, ale znalazłam żelazko, uprasowałam wszystko, starannie rozwiesiłam i poukładałam na miejscu, część starych koszulek, dziurawych skarpet i zużytej bielizny po prostu wyrzuciłam. Wyczyściłam śmieci spod łóżka. Po warstwie kurzu było widać, że nikt tego nie ruszał od roku, więc to też wyrzuciłam.

Uwolniwszy strategiczne przestrzenie, zabrałam się za porządek w kuchni. Wyczyściłam całą zastawę, rozmroziłam lodówkę, doprowadziłam ją do stanu nowości. Następnego dnia zabrałam się za czyszczenie całego mieszkania. Zaczęłam od okien, po ich umyciu w mieszkaniu zrobiło się jaśniej. Dodałam światła, piorąc zakurzoną firankę, zajęłam się myciem grzejników. Worek odkurzacza musiałam opróżniać trzy razy, zanim skończyłam odkurzanie, tyle wciągnął brudu.

Wieczorem sprzątanie było skończone. Nie czułam ani rąk, ani nóg, padłam bez sił w fotelu, ale z satysfakcją z dobrze wykonanej pracy. Obejrzałam mieszkanie, nie znalazłam nic do poprawy i po chwili poszłam do domu.

Kiedy odbierałam młodych z lotniska, postanowiłam nie mówić im o sprzątaniu i robieniu porządku, chciałam zrobić niespodziankę, oczekując zachwytu i wdzięczności. Ale się nie udało…

Widząc, co zrobiłam z mieszkaniem (jak to określił zięć), błądzili po pokojach zdezorientowani, pytając mnie, gdzie są ich rzeczy. Po krótkim instruktażu zaczęli się orientować, ale nie widziałam radości na twarzach zięcia i córki, przeciwnie, byli napięci i wyraźnie nie zadowoleni z tego, co zrobiłam.

Po pewnym czasie zaczęły się skargi – zięć nie mógł od razu znaleźć swoich narzędzi, wcześniej rozrzuconych po całym mieszkaniu w najbardziej niespodziewanych miejscach, a córka „zgubiła” jakiś bardzo cenny krem. Na moją głowę posypały się zarzuty:

— Mamo, prosiłam cię tylko o podlanie kwiatów, dlaczego wszystko poprzestawiałaś w naszym mieszkaniu, mam wrażenie, że nie jestem u siebie w domu!

Zięć też mówił w podobnym tonie, zrobiło mi się przykro, odwróciłam się i wyszłam, rzucając na odchodne:

— Nie martwcie się, wystarczy, że wywalicie wszystko z szaf, a za tydzień będziecie mieli wystarczająco dużo kurzu po kątach!

Zięć się obraził, nie rozmawiamy ze sobą, a i z córką nie mamy kontaktu. Nie wiem, co tak bardzo uraziło ich „autonomię”, czy naprawdę wolą żyć w bałaganie?