Postanowiłam przeprowadzić się do przyjaciółki, bo mam dość mieszkania z córką i niańczenia się z jej dziećmi

Mam 61 lat, wychowałam córkę i syna – oni mają już swoje rodziny i dzieci. Z mężem rozwiedliśmy się dziesięć lat temu, ale wcale nie czuję się samotna. Mam ukochaną pracę, w wolnym czasie haftuję, mieszkam z najlepszą przyjaciółką.

Dwa lata temu zmarł mąż mojej przyjaciółki z dzieciństwa, i została sama w dwupokojowym mieszkaniu. Na początku przyjeżdżałam do niej na noc, aby pomóc jej przetrwać stratę, a potem Anna zaproponowała mi, żebym się do niej przeprowadziła.

Bardzo kocham córkę i wnuki, ale mieszkanie razem w jednym domu było nie do zniesienia. Przeprowadzając się do Anny, poczułam się jak w raju – cisza, porządek, wieczorne rozmowy w kuchni, rozmowy od serca.

W weekendy wypożyczamy rowery i jeździmy po parku leśnym, chodzimy do teatru, kina, na wystawy. Jestem na emeryturze, ale wciąż pracuję – mam swój niewielki dział w sklepie z artykułami do rękodzieła. Anna też pracuje, więc na zmianę sprzątamy mieszkanie, robimy zakupy i gotujemy.

Przez dwa lata nie miałyśmy żadnych nieporozumień, nawet najmniejszej kłótni. A w „poprzednim” życiu, pod jednym dachem z córką, tylko się kłóciłyśmy, najczęściej dlatego, że odmawiałam opieki nad wnukami. Wtedy zajęłam stanowczą postawę – swoje dzieci wychowałam sama z mężem, bez pomocy babć, i nie zamierzam niańczyć wnuków.

Tak, kupuję im rzeczy, prezenty, smakołyki, zabieram je do parku na atrakcje, ale żeby być do nich stale przywiązana – nie. Po prostu chcę żyć dla siebie i cieszyć się życiem – czyż nie zasłużyłam na to?